Social media

Manipulacja w mediach społecznościowych. Nowe narzędzie prowadzenia polityki?

Fot. Krisztian Matyas / Unsplash

Kiedy wielkie platformy społecznościowe deklarują, że walczą z dezinformacją a specjaliści alarmują co chwila, jak groźne dla nas wszystkich jest to zjawisko, manipulacja prawdą schodzi pod strzechy i staje się metodą prowadzenia politycznej walki.

Facebook, Twitter, TikTok i YouTube to platformy, które wielokrotnie zapowiadały zaostrzenie walki z dezinformacją – niezależnie od tego, czy była to dezinformacja poświęcona pandemii koronawirusa i szczepionkom, wojnie w Ukrainie, czy też – jak ostatnio – wybory uzupełniające do Kongresu USA, które mają odbyć się w listopadzie tego roku.

Literalnie każda z wielkich firm – operatorów platform social mediów – co rusz deklaruje, że walka z dezinformacją i dbałość o to, by w jej przestrzeni pojawiał się jedynie wiarygodny przekaz, to jeden z jej priorytetów (zaraz obok walki z mową nienawiści i zapobieganiu nadużyciom seksualnym wobec dzieci).

Czytaj też

Walka z Goliatem

Wszelkie dane dowodzą jednak, że walka z dezinformacją w wykonaniu Big Techów jest co najmniej nieskuteczna. Co więcej: raport laboratorium Stern Center for Business and Human Rights działającego przy Uniwersytecie w Nowym Jorku wskazuje, że wszystkie te firmy nie tylko pozwalają na obecność na swoich platformach treści dezinformujących na temat procesów demokratycznych (nie tylko w USA) i ich przebiegu oraz znaczenia, ile aktywnie amplifikują „denializm wyborczy" i inne materiały pozwalające na erozję zaufania do systemu demokratycznego.

Zdaniem autorów raportu, to właśnie platformy społecznościowe są odpowiedzialne najpierw za rozprzestrzenianie się, a potem utrwalenie tezy o tym, że wybory z 2020 roku, w których przegrał prezydent Donald Trump a zastąpił go Joe Biden, zostały sfałszowane. Teza ta jest szczególnie popularna wśród skrajnych konserwatystów, jak i zwolenników teorii spiskowych takich, jak QAnon (o którym to ruchu wielokrotnie pisaliśmy na łamach naszego serwisu).

Raport stwierdza, że „denializm wyborczy" to jeden z najbardziej niebezpiecznych „produktów ubocznych" mediów społecznościowych, jakie w ogóle powstały. Jego źródłem zaś – zdaniem ekspertów – jest obsesja na punkcie rzekomego sfałszowania wyborów prezydenckich, w których przegrał Trump.

Czytaj też

Dezinformacja to również polski problem

Dezinformacja nie jest problemem, który dotyczy wyłącznie USA. Oddziaływanie tego rodzaju manipulacji widać na całym świecie – dla przykładu wymieniając choćby Mjanmę (Birma) czy Indie, ale także Polskę.

Według portalu edunews.pl, choć dla 79,9 proc. młodych ludzi w Polsce media społecznościowe są głównym źródłem informacji, to co piąty uczeń w żaden sposób nie weryfikuje konsumowanych informacji.

Co więcej – jak wynika z opublikowanego w 2019 roku, a więc rok przed ostatnimi wyborami prezydenckimi – raportu NASK , aż 63,1 proc. Polaków uważa, że w Polsce istnieje dezinformacja w internecie, której celem jest wpływ na wynik wyborów demokratycznych w naszym kraju (zestawiebie odpowiedzi „zdecydowanie tak" i „raczej tak"). 22,1 proc. respondentów badania oceniło, że trudno powiedzieć – i to również daje wiele do myślenia.

Czytaj też

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jednocześnie przytłaczająca większość ankietowanych osób zadeklarowała, że ma zaufanie do treści i informacji publikowanych w internecie. To łącznie 56,1 proc. respondentów (zestawienie odpowiedzi „zdecydowanie tak" i „raczej tak"). Treściom z sieci nie ufa jedynie 24,1 proc. Polaków.

W swojej publikacji NASK zauważa, że „internet jako najnowsze i najbardziej demokratyczne (w sensie łatwości publikowania) medium masowe charakteryzuje się innymi elementami budującymi zaufanie między nadawcą a odbiorcą, niż np. telewizja, radio czy prasa codzienna".

Według NASK, najczęściej treściom z internetu ufają mężczyźni z wykształceniem podstawowym, w wieku od 50 do 64 lat, zamieszkując na wsi.

„Osoby, które ufają treściom internetowym, nie dostrzegają także problemu dezinformacji w internecie, jeżeli już dostrzegają elementy manipulacji, to jako jej źródło wskazują polskie elity rządzące i osoby publikujące na stronach związanych z politycznym PR-em (strony partyjne, konta partyjne na portalach społecznościowych itp.)" – pisze NASK w swoim raporcie.

Dodatkowo, Polacy, jeśli ufają treściom internetowym, ale dostrzegają problem dezinformacji, to najczęściej jako beneficjenta tego typu operacji wskazują Rosję, Białoruś, Iran, Węgry oraz Chiny.

Jak podkreśla NASK, osoby ufające treściom z internetu najczęściej kojrzystają z Facebooka i YouTube.

Korzystają zatem z dwóch serwisów, w których problemy z dezinformacją są zdaje się największe – i które odpowiadają za najwięcej szerzących się wśród internautów teorii spiskowych, nie tylko na tematy związane z polityką, ale też wokół kwestii takich jak COVID czy wojna w Ukrainie.

Czytaj też

Problemy wielkich platform

Algorytmy Facebooka i YouTube'a, a także coraz bardziej popularnego TikToka, który również ma ogromne problemy z dezinformacją, działają w oparciu o wiedzę zgromadzoną wcześniej na temat użytkowników.

To, jakie materiały konsumujemy korzystając z tych platform, „napędza" ich silniki rekomendacji. Treści dobierane są również na podstawie innych parametrów, takich jak nasze miejsce zamieszkania, wiek, płeć, ale i zgromadzone przez media społecznościowe dane na temat naszego wykształcenia, poglądów politycznych, preferencji seksualnych czy konsumenckich.

Do stworzenia takiego profilu nie są wykorzystywane jedynie dane, które świadomie umieszczamy na platformach społecznościowych – ale i te, które Big Techy niejako „pozyskują" opierając się na naszych cyfrowych śladach – np. informacjach gromadzonych przez wtyczki „polub to" Facebooka na odwiedzanych stronach internetowych, również tych poza serwisem.

W ubiegłym roku w naszym serwisie opublikowaliśmy materiał o tym, że według „Washington Post" Facebook przyczynił się do wywołania „społecznej wojny domowej" w Polsce, negatywnie wpływając na polaryzację polityczną w naszym kraju i podbijając gorące emocje, które doprowadziły do pogłębienia podziałów społecznych i wypaczenia dyskursu publicznego.

Czytaj też

Przeprowadzona na zlecenie „WaPo" niezależna analiza wykazała, że po 2018 r. negatywne treści były znacznie szerzej rozpowszechniane na Facebooku niż wcześniej. Według raportu Facebooka, jedna z partii w reakcji na te zmiany znacznie bardziej skupiła się na negatywnym przekazie w sieci – pisaliśmy w naszym artykule.

Oznacza to, że przynajmniej ta należąca do koncernu Marka Zuckerberga – dziś nazywającego się Meta – platforma, całkowicie świadomie wykorzystywała oddziaływanie, jaką w odbiorcach budzą treści nacechowane w negatywny sposób emocjonalnie do podbijania zaangażowania użytkowników w serwisie, przekładającego się na lepsze zyski.

Wspomniana partia polityczna, która zorientowała się, że to właśnie negatywne emocje są kluczem do zwiększenia zaangażowania, również wyciągnęła z tego zyski i skapitalizowała polaryzację społeczną – oczywiście w sferze polityki.

Stratne jest społeczeństwo, jeszcze bardziej podzielone i skłócone.

Czytaj też

Różne kształty i odcienie

Radykalizacja i polaryzacja społeczna to klucze do zrozumienia tego, dlaczego dezinformacja jest dziś zjawiskiem tak złożonym i niejednokrotnie – bardzo trudnym do wykrycia.

Choć oczywiście platformy społecznościowe powinny poczuwać się do odpowiedzialności, a więc reakcji względem treści tego rodzaju, to jednak przykład Mety dowodzi, że Big Techy z nakręcającego się, skrajnego dyskursu czerpią zyski – zatem liczyć można przede wszystkim na siebie i własny rozsądek.

Jednocześnie, służy on politykom, którzy oprócz polaryzacji bardzo chętnie sięgają po manipulowanie swoimi odbiorcami i szerszą opinią publiczną.

Dezinformacja jest oczywistością, gdy mówimy o niej na poziomie sieci botów i anonimowych kont na Twitterze, które powielają absurdalnie brzmiące treści o łączności 5G, czipach w szczepionkach czy  stworzeniu koronawirusa SARS-CoV-2 w ukraińskich bądź amerykańskich laboratoriach. O tym opowiada wiele raportów z branży cyberbezpieczeństwa, ale i mediów – i ten problem mamy dobrze zmapowany.

Kłopoty zaczynają się, gdy dezinformuje lider opinii – europoseł, minister czy inny urzędnik, dysponujący np. statusem zweryfikowanego konta, lub będący – jak w przypadku Donalda Trumpa – prezydentem. Wówczas wiarygodność jego wpisów automatycznie rośnie – mimo tego, że deklarujemy, iż nie ufamy politykom, bo przecież wszyscy kłamią.

Czytaj też

Argument autorytetu pozostaje bardzo silny, rzesze zwolenników danego polityka również nie pozostają bierne – biorąc swojego idola w obronę w przypadku wszelkiej krytyki bądź wytknięcia manipulacji. Dezinformacja tego rodzaju może zaś służyć realizacji partykularnych - osobistych, lub partyjnych celów – i być wykorzystywana umyślnie jako narzędzie osiągania konkretnych wyników. Również przez obce państwa, które wywierają nierzadko wpływ na poszczególne osoby ze świata polityki – choć to równie trudne do udowodnienia, jak pociągnięcie platform społecznościowych do odpowiedzialności za to, co dzieje się w ich serwisach.

Facebook w czasie, gdy kontrowersje dotyczące publikacji Donalda Trumpa osiągały punkt krytyczny, zadeklarował, iż nie będzie moderował wpisów polityków pod kątem ich prawdziwości. Dał zatem milczące przyzwolenie na dezinformację.

Może i słusznie – bo dziś, zbanowany na Facebooku, wykluczony z Twittera i YouTube'a Trump, brata się we własnej sieci społecznościowej Truth Social z ruchem QAnon i zapowiada „nadejście burzy".

Burza już nadeszła – żyjemy w czasie, w którym ryzykiem objęte są każde wybory, a zaufanie do procesów i instytucji demokratycznych jest na bieżąco podważane. Doraźna korzyść polityczna przejawiająca się w rosnących słupkach sondażowych nie może być ważniejsza, niż dobro społeczeństwa – a to właśnie ten argument najczęściej pojawia się w ustach manipulujących prawdą w mediach społecznościowych populistów.

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected]

Komentarze

    Czytaj także