Polityka i prawo

#CyberMagazyn: To rządy, a nie firmy internetowe, powinny chronić użytkowników

Kto odpowiada za prywatność użytkowników: Big Techy czy rządy?
Kto odpowiada za prywatność użytkowników: Big Techy czy rządy?
Fot. Norbert Braun/ Unsplash/ Domena publiczna

W rozmowach na temat gwarancji prywatności oraz ochrony przed innymi nadużyciami ze strony Big Techów bardzo często zrzucamy odpowiedzialność za działania na te na firmy technologiczne. To nie one – w oczywisty sposób niezainteresowane losem użytkowników – powinny dbać o nasze bezpieczeństwo, ale rządy państw, w których znajdują się rynki zbytu tych firm.

Kiedy w USA po orzeczeniu sądu najwyższego, które doprowadziło do możliwości delegalizacji aborcji na poziomie stanowym na nowo rozgorzała dyskusja o prawie do ochrony prywatności użytkowników usług cyfrowych, a w Polsce wciąż  wybrzmiewają echa afery Pegasusa .

To, kto ponosi odpowiedzialność za ochronę osób korzystających z cyfrowych produktów i usług wciąż pozostaje kwestią niewyjaśnioną i nieuregulowaną.

Czy tylko Big Techy?

W debacie o prywatności przyzwyczailiśmy się do zrzucania całej odpowiedzialności za nadużycia związane z nieprawidłowym wykorzystaniem naszych danych osobowych na wielkie firmy technologiczne.

Modele biznesowe potęg takich, jak Google, czy Meta (dawniej Facebook) zostały zbudowane w oparciu o monetyzację danych o użytkownikach ich usług. 

Nauka, że nie korzystamy z „bezpłatnych" mediów społecznościowych może być trudna, a płacimy za nie swoimi danymi – np. o preferencjach konsumenckich czy politycznych. Nadużycia z wykorzystaniem tych danych, w tym – przekazywanie ich infobrokerom, którzy grupują je w specjalne kategorie ( np. o osobach odwiedzających kliniki aborcyjne ) i sprzedają dalej, to już natomiast inna para kaloszy, podobnie jak wykorzystywanie informacji z social mediów do manipulacji politycznych. Przykładem tych ostatnich niezmiennie pozostaje afera Cambridge Analytica – najgłośniejszy chyba skandal, dzięki któremu problematyka prywatności trafiła pod strzechy.

Cambridge Analytica to jednak firma-płotka, która bardzo chciała być jak inna spółka dostarczająca analiz w oparciu o dane – Palantir. O tej ostatniej na łamach naszego serwisu przeczytacie np. w tym tekście, w którym wskazujemy, iż to właśnie Palantir we współpracy z polskim rządem buduje portal dla bezrobotnych imigrantów i uchodźców z Ukrainy, z którego w przyszłości mają korzystać również Polacy.

Tak, nie byłoby nadużyć wobec danych osobowych i prywatności użytkowników, gdyby informacji tych nie dało się zmonetyzować. Nie byłoby kłopotów z prywatnością, gdybyśmy tak chętnie nie oddawali swoich danych firmom technologicznym, wierząc, że swego rodzaju solucjonizm cyfrowy pozwoli rozwiązać wszystkie nasze problemy.

Czy problemem jest tylko prywatność?

W związku z tym, pojawiają się wezwania, aby firmy oferujące usługi cyfrowe zaczęły dbać o prywatność, ochronę danych i wprowadziły mechanizmy minimalizujące negatywne oddziaływanie swoich usług na nasz dobrostan cyfrowy.

To tylko jedna strona medalu – prywatność i problemy wokół danych to nie jedyna dziedzina, w której obciążamy Big Techy odpowiedzialnością za całe zło, które nam się przytrafia.

Inną jest dezinformacja . Nie tylko ta przedwyborcza, o której głośno zrobiło się w 2016 roku, kiedy wybory w USA wygrał republikański kandydat Donald Trump. Jak się okazało – nie w pełni samodzielnie, bo pomogły mu liczne, niekiedy koordynowane przez Rosję operacje informacyjne w przestrzeni mediów społecznościowych, w których działania ukierunkowane były przede wszystkim na polaryzację społeczeństwa i podburzanie wrogich sobie grup do nienawiści.

Siłę dezinformacji poznaliśmy doskonale podczas pandemii COVID-19, gdy okazało się, że powielane w internecie i niejednokrotnie spinowane przez Rosję teorie spiskowe na temat szczepionek mogą mieć wpływ na stan zdrowia całych populacji.

Dezinformacja ostatecznie jest dla Kremla orężem od wielu lat, o czym wielokrotnie pisaliśmy już na naszych łamach, wykraczając poza kwestie związane z pandemią, czy z inwazją Władimira Putina na Ukrainę. 

Trwająca od ośmiu lat wojna w Ukrainie od dawna jest określana przez ekspertów mianem wojny hybrydowej, a działania dezinformacyjne Rosji, które znacznie nasiliły się po lutowej inwazji, to tylko kolejna ich odsłona - mających na celu sianie fermentu, psucie demokracji i wzmaganie podziałów społecznych w krajach zaangażowanych w pomoc Ukrainie.

I znów chętnie obciążyliśmy firmy technologiczne takie jak Meta, Twitter czy Google odpowiedzialnością za walkę z tym zjawiskiem. W medialnych doniesieniach na tematy związane tak z kwestiami prywatności i ochrony danych jak i z oddziaływaniem kremlowskiej dezinformacji, najczęściej przewija się motyw wyłącznej odpowiedzialności firm za to, do czego złego mogą zostać wykorzystane ich produkty. Popatrzmy na to zagadnienie jednak z nieco innej strony.

Gdzie jest odpowiedzialność państwa?

Kiedy oskarżamy Google'a, Facebooka czy Instagram o nadużycia wobec naszej prywatności, zadajmy sobie najpierw pytanie o to, czy w państwie, w którym żyjemy, administracja rządowa i politycy wykazują dostatecznie duże zrozumienie dla kwestii związanych z ochroną danych osobowych. Czy organ odpowiedzialny za egzekwowanie prawa w tym zakresie funkcjonuje prawidłowo? Czy proces składania skargi jest łatwy i przyjazny dla użytkownika? Wreszcie – czy państwo samo nie dopuszcza się przypadkiem nadużyć?

Równie istotną kwestią jest to, czy w obowiązującym lokalnie prawie istnieją stosowne uwarunkowania, które dają podstawę do walki o swoje prawa.

Biznes - nawet ten wielki, technologiczny - powinien działać w granicach prawa, jakie obowiązuje w danym kraju. Wolny rynek nie oznacza wyjęcia ponad obowiązujące regulacje, ale korzystanie z wolności gospodarczej w ramach obowiązujących regulacji; wtedy ryzyko zaistnienia na nim patologii, jakimi są monopole i oligopole tworzone przez Big Techy, znacząco spada. 

To ramy regulacyjne, a więc państwo (i struktury ponadpaństwowe) odpowiedzialne są za to, by firmy nie prowadziły rabunkowej gospodarki na nadużywaniu prywatności użytkowników i ich danych osobowych.

To państwo jest też odpowiedzialne za to, aby podejmować działania w zakresie walki z dezinformacją – i np. nie posługiwać się mediami społecznościowymi oraz możliwościami rozsnuwania z ich pomocą narracji propagandowych w celach realizacji ambicji politycznych rządzących. Wtedy dyskusje o wolności słowa w internecie oraz konieczności ochrony pluralizmu w mediach społecznościowych będą miały szansę przestać brzmieć jak hipokryzja.

Problem leży gdzie indziej

Rządy nie są wcale chętne, by nakładać jakiekolwiek ograniczenia prawne na Big Techy, które łatwiej jest obciążyć odpowiedzialnością za przeciwdziałanie negatywnym zjawiskom w ramach samoregulacji.

Dodatkowe obowiązki prawne, restrykcje legislacyjne, potencjalnie mogą rządzącym jawić się jako przeszkoda w uzyskaniu kolejnych punktów PR w zarządzie takiej czy innej firmy, które coraz częściej wybierają Europę Wschodnią na miejsce swoich nowych inwestycji – choćby ze względu na wciąż niższe wynagrodzenia, które mogą tu wypłacać swoim pracownikom.

Dlatego należy docenić ogromny wysiłek, jakim są unijne regulacje – Akt o usługach cyfrowych i Akt o rynkach cyfrowych . Choć nie podobają się Big Techom, bo nakładają na nie dodatkowe obowiązki, mają moc prokurowania cudów – ich wdrożenia na poziomie państw członkowskich wreszcie zmuszą niechętne zmianom rządy, aby troszczyły się lepiej o swoich obywateli – bo czasy się zmieniają, a "cyfrowy dziki zachód: niczym nie różni się w swojej brutalności od tego tradycyjnego.

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected]

Komentarze

    Czytaj także