Social media

Jak media społecznościowe zmieniają politykę i zaangażowanie obywatelskie? [OPINIA]

Fot. Jon Tyson / Unsplash

Petycje online, zaangażowanie w grupach na Facebooku, agitacja na Twitterze i aktywizm na Instagramie – to rzeczywistość polityki w erze mediów społecznościowych, które przekształciły sferę aktywności obywatelskiej (jak i partyjnej) w niewyobrażalny sposób. Oczywiście, to zarówno korzyści, jak i ogromne ryzyko dla demokracji.

Wydawać się może, że internet i media społecznościowe to narzędzia, które pomogły jak nigdy wcześniej wprowadzić zaangażowanie polityczne pod strzechy i umożliwić aktywność obywatelską właściwie każdemu, kto jest na to chętny i dysponuje dostępem do sieci.

Według danych cytowanych przez magazyn „MIT Technology Review" działający przy uczelni Massachusetts Institute of Technology, obecnie w USA 81 proc. nastolatków od 13 do 17 roku życia korzysta z chociaż jednego serwisu społecznościowego – co sprawia, że w politykę można dziś wejść naprawdę bardzo wcześnie.

Choć prawo do głosowania mamy dopiero od 18. roku życia, wcześniejsze zaangażowanie polityczne pozwala nie tylko rozwinąć kompetencje społeczne i obywatelskie, ale i zdobyć liczne doświadczenia, które przełożą się na korzyści w dorosłym życiu.

Czytaj też

Demokracja społecznościowa

To, jak rozpowszechniła się aktywność polityczna w mediach społecznościowych, wpływa znacząco na kształt realizowanych obecnie działań po stronie partii i konkretnych polityków – zdając sobie sprawę z tego, że elektoraty są aktywne w internecie, również oni przenoszą się do sieci. Dobrym przykładem może być ostatni występ Jarosława Kaczyńskiego na TikToku, który – choć gościnny – stał się hitem internetu i przyciągnął mnóstwo komentarzy, podobnie jak aktywności kampanijne prezydenta Andrzeja Dudy realizowane w mediach społecznościowych w Polsce, kojarzonych właśnie z młodzieżą, takich jak TikTok czy Instagram.

Platformy społecznościowe przenoszą polityczność w domenę performatywną, kojarzoną raczej z happeningami i pozorowanymi działaniami – i to jedno z zagrożeń, które wiążą się dziś z coraz większym upolitycznieniem sieci.

Aktywność w mediach społecznościowych, zażarte dyskusje na Twitterze czy w grupach na Facebooku, mogą dawać uczestnikom pozór zaangażowania obywatelskiego, które niestety nie przenosi się na wyniki w realnym świecie.

Czytaj też

Slaktywiści w akcji

Lajki, rosnące statystyki zaangażowania i mnóstwo udostępnień nie oznaczają jeszcze, że aktywność ma realny wpływ na świat. Dostrzegają to eksperci, których cytuje „MIT Technology Review", np. socjolog związany z Williams College Nicholas Carr.

Jego zdaniem „w mediach społecnzościowych bardzo łatwo jest ulec wrażeniu, że bierze się w czymś udział tylko dlatego, że kliknęło się w link bądź podało dalej tweeta, jak i użyło określonego hasztagu". Carr zwraca przy tym uwagę, że nie jest obecnie wcale jasne, czy social media nie przyczynią się w przyszłości do realnego spadku zainteresowania ważnymi sprawami politycznymi i aktywizmem jako takim, bo... po prostu stanie się on zbyt powszedni.

W opinii Carra, zjawisko slaktywizmu – znane dobrze i w Polsce, a polegające np. na tym, że osoby ulegają złudzeniu iż angażują się publicznie np. nie podejmując żadnych realnych działań, a tylko zmieniając zdjęcie profilowe na flagę Ukrainy zaatakowanej przez Putina, bądź błyskawicę symbolizującą Strajk Kobiet, to prawdziwe ryzyko dla dyskursu politycznego w nowoczesnych społeczeństwach.

„Może on (slaktywizm – red.) doprowadzić do umniejszenia wagi kwestii politycznych i zaangażowania obywatelskiego w sposób, który całkowicie pozbawi nas zdolności rozwiązywania ważnych problemów" – wieszczy socjolog.

Nieco w kontrze do niego wypowiada się inny naukowiec – związany z Uniwersytetem Stanforda William Golub, który brał udział w kampanii prezydenta USA Joe Bidena. Jak wskazuje, nawet slaktywiści przyczyniają się do upowszechniania przekazu politycznego i tym samym mogą przyczyniać się do zmiany. Slaktywizm, jego zdaniem, to naturalne zjawisko – ludzie, którzy go uprawiają, i tak nie zaangażowaliby się politycznie w żaden inny sposób, bo po prostu nie leży to w ich naturze.

Czytaj też

Ryzyko slaktywizmu

Slaktywizm może być zjawiskiem korzystnym nie tylko dla rozpowszechniania idei zaangażowania politycznego, na co wskazuje w rozmowie z „MIT Technology Review" młody naukowiec ze Stanforda.

Utrzymywanie zaangażowania politycznego określonych grup jedynie na poziomie aktywności w mediach społecznościowych i wirtualnych kampanii może leżeć w interesie polityków, którzy unikają w ten sposób przeniesienia problemów do świata realnego i konieczności reagowania na nie; internetowy slaktywizm jest niegroźny i pozwala im zarządzać kryzysami o wiele łatwiej, niż wówczas, gdy przybierają one postać strajków odbywających się np. pod KPRM czy budynkiem Sejmu. Slaktywizm, a nawet działania w internecie, których nie można do niego zaliczać, jednak ograniczone wyłącznie do sfery wirtualnej, nie mają również wpływu na kształt stanowionego prawa i mogą zostać bez problemu pominięte w procesie konsultacji społecznych.

Polityka w sieci ma zatem wymiar również wybitnie niedemokratyczny – mimo głośnego wybrzmiewania licznych głosów sprzeciwu w internecie, wcale nie muszą być one brane pod uwagę przez rządzących. To napędza społeczne frustracje, które również – bardzo często – znajdują wyraz w internecie.

Czytaj też

Dezinformacja i manipulacje

Trudno, poruszając temat politycznej aktywności w internecie, nie wspomnieć o dezinformacji i operacjach informacyjnych, które raz na zawsze – gdy przedostały się w końcu do zbiorowej świadomości po wyborach prezydenckich w USA z 2016 roku – zmieniły nasze postrzeganie tych kwestii.

Operacje informacyjne realizowane w mediach społecznościowych są dziś nie tylko narzędziem wywierania wpływu na różne grupy społeczne przez inne kraje zainteresowane „wtrącaniem się" w demokrację w USA, Polsce i innych państwach, ale i – coraz częściej – narzędziem prowadzenia polityki na lokalnym podwórku.

Za dezinformacją – przyzwyczailiśmy się sądzić – stoi najczęściej Rosja, chętnie wskazujemy również Chiny i inne państwa niedemokratyczne. Jednak co w przypadku, kiedy fake newsy i manipulacje są wykorzystywane na naszej własnej scenie politycznej po to, aby eliminować oponentów bądź zyskiwać kolejne sondażowe punkty poparcia?

Czytaj też

Algorytmy i profilowanie

Internet to ogrom możliwości zarówno dla tych, którzy chcą zaangażować się politycznie, jak i dla tych, którzy w polityce od dawna już funkcjonują. Ci ostatni nigdy wcześniej nie mieli do dyspozycji tak wielu fantastycznych narzędzi, jak dziś – wszystko za sprawą danych, które zostawiamy o sobie w sieci.

Profilowanie na potrzeby reklamy to fakt, o którym wiemy wszyscy – zdając sobie sprawę z jego korporacyjnego wymiaru, bezwzględnie wykorzystywanego w cyfrowym kapitalizmie. Profilowanie na potrzeby polityki to jednak inna kwestia – wciąż mało uświadomiona, a nie mniej ważna.

To właśnie dzięki przetwarzaniu danych – np. o naszym poziomie dochodów, poglądach na kwestie takie jak religia, czy kwestie obyczajowe, politycy mogą docierać do nas z najbardziej dla nas odpowiednim, wręcz skrojonym na miarę przekazem i nierzadko polaryzować dyskusje, w które się wdajemy, skłócając społeczeństwo i doprowadzając do umocnienia istniejących układów politycznych. Wówczas internetowy aktywizm (i slaktywizm) nie jest wcale narzędziem zmiany – a utrzymania status quo.

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected]

Komentarze

    Czytaj także