Strona główna

Czy możliwy jest inny model biznesowy dla platform niż nasze dane?

Fot. Jp Valery / Unsplash

Przejęcie Twittera przez Elona Muska przyniosło z sobą wiele pytań o przyszłość tej platformy. Jednym z ważniejszych jest wybrzmiewające nieustannie pytanie o przyszłość finansową tego serwisu – w szczególności w kontekście ucieczki reklamodawców. Jakie możliwości zarabiania mają media społecznościowe?

Twitter nigdy nie należał do grona firm internetowych, które mogły pochwalić się rekordowymi przychodami. Pierwszeństwo w tym zakresie zdecydowanie zarezerwowane było dla koncernu Meta (dawniej Facebook), który do perfekcji opanował monetyzację danych użytkowników, wykorzystywanych do celów reklamy profilowanej.

To właśnie model biznesowy oparty na reklamie dał platformom możliwość tak szybkiego wzrostu i praktycznie nieskrępowanego rozwoju.

Kłopotliwy model biznesowy

Problem polega na tym, że ten sam sposób zarabiania – w gruncie rzeczy sprowadzający się do sprzedaży naszej uwagi, informacji o zainteresowaniach i o tym, co robimy w internecie wszelkiego rodzaju markom, ale także organizacjom rządowym i pozarządowym, stał się jednym z głównych powodów krytyki platform.

Przerodziła się ona w poważne konflikty z regulatorami z całego świata – nie tylko tymi zajmującymi się ochroną danych osobowych i prywatności, ale również odpowiedzialnymi za przestrzeganie prawa antymonopolowego – bo dane to nie tylko waluta, którą można skusić reklamodawców. To również ogrom wiedzy, który – jak w przypadku Facebooka i Amazona – można wykorzystać do budowy przewagi konkurencyjnej i dominacji na już ciasnym, cyfrowym rynku.

Nie ma również sensu ukrywać najważniejszego faktu – zmęczenia użytkowników takim właśnie modelem biznesowym.

Liczne skandale związane z brakiem poszanowania prywatności użytkowników serwisów społecznościowych, wykorzystanie danych gromadzonych przez platformy do manipulacji przedwyborczych (przypadek Mety i wpływu na przebieg wyborów w USA z 2016 roku, którego dopuściła się Rosja), a także rosnąca świadomość internautów w kwestii braku etyki modeli biznesowych, opartych na nieskrępowanym wykorzystaniu nawet najbardziej wrażliwych danych, rodzi sprzeciw względem ich dalszego stosowania.

Niezadowolenie skierowane jest nie tylko przeciwko reklamie politycznej, o której po 2016 roku wiemy już, że potrafi zmienić bieg procesów demokratycznych bazując np. na danych o naszych dochodach czy edukacji – ale także przeciwko innym komunikatom marketingowym.

Dzisiejsza reklama cyfrowa bazująca na targetowaniu w oparciu o dane ma charakter inwigilacji totalnej – dane wykorzystywane przez marketing dostarczane są reklamodawcom i koncernom technologicznym już nie tylko z naszych przeglądarek internetowych, ale także z komunikatorów, e-maili, a także inteligentnych urządzeń, którymi coraz chętniej otaczamy się w swoich domach i którym pozwalamy np. na monitorowanie naszych funkcji życiowych.

Zasadne jest postawienie w tym miejscu pytania, czy wybory, których dokonujemy podczas zakupów, są jeszcze w ogóle naszymi wyborami – czy też wywodzą się w całości z reklamy internetowej, gdyż spersonalizowane jest dziś w sieci niemalże wszystko (a personalizacja doświadczeń już dawno straciła w tym świecie swoje pozytywne znaczenie).

Czy inny model biznesowy jest możliwy?

Rozważania na ten temat nadal należą do gatunku fantastyki – jedynie Twitter znalazł się w sytuacji, w której musi spoglądać ku innym rozwiązaniom, niż przychody pozyskiwane z reklamy i sprzedaży zainteresowań użytkowników swojej platformy.

Wszystko to przez m.in. zwolnienie lwiej części działu moderacji Twittera, a także przywrócenie kont kontrowersyjnych, wcześniej zablokowanych na platformie postaci. To jedne z pierwszych decyzji nowego właściciela serwisu – Elona Muska, które bynajmniej nie zostały ocenione przez opinię publiczną (i inwestorów) pozytywnie i szybko znalazły przełożenie na exodus reklamodawców.

Musk stwierdził, że ratunkiem dla Twittera – przynajmniej do pewnego stopnia – może być model subskrypcyjny. Usługa Twitter Blue, oferująca doświadczenie korzystania z popularnego serwisu w wersji premium za jedyne 8 dolarów miesięcznie, a jeśli ma się iPhone – 11 dolarów, pozwala wykupić sobie m.in. słynny niebieski znaczek weryfikacji konta (co wraz z wprowadzeniem możliwości nabycia go całkowicie straciło nimb elitarności, który wcześniej oferowało).

Oczywiste jest jednak to, że sam Twitter Blue nie wystarczy – mało kto będzie chciał zacząć płacić (wcale nie mało) za coś, co wcześniej było „darmowe". Utraty prywatności nie odczuwamy w ten sam sposób, jak pobieranej co miesiąc z konta opłaty – to jasne.

Kto kupi subskrypcję na Facebooka?

Inną kwestią pozostaje to, czy naprawdę media społecznościowe – Twitter w omawianym wyżej przypadku, ale też inne – Facebook, Instagram czy TikTok – są dla nas tak ważne, byśmy chcieli przeznaczać na korzystanie z nich co miesiąc jakąś część swoich dochodów?

Subskrypcje, czy też spolszczając – abonamenty na korzystanie z platform społecznościowych, gdyby miały wejść jako powszechnie stosowany model biznesowy, musiałyby działać w sposób zbliżony do tego, który obserwujemy w streamingach takich, jak Netflix czy HBO Go.

Model taki może być bardzo atrakcyjny z pesrpektywy mediów społecznościowych – firmy będące ich właścicielami nadal będą zarabiały na swoich użytkownikach wysokie sumy, w dodatku bardzo regularnie, nikt również nie powiedział, że subskrypcje miałyby mieć tylko jeden wymiar i że zamkną one drogę do pozyskiwania przychodów z reklamy (jeśli użytkownik nie chce być profilowany, niech wykupi najdroższy abonament, w tańszych opcjach profilowanie jest nadal obecne).

Dlaczego nie będziemy płacić za social media?

Nie znaczy to wcale, jak już wyżej wspomniano, że użytkownicy chętnie przesiądą się na „płatną" wersję platform. To nie crowdfunding, w którym wspieramy ulubionych twórców, autorów czy inne postaci znane nam ze świata mediów – ale wielkie firmy technologiczne, korporacje, które zrobiły dla nas wiele złego (często pod pozorem robienia czegoś dobrego), dla których jesteśmy towarem. Moralnie bardzo wiele osób będzie miało problem, by z czystym sumieniem przelewać Big Techom co miesiąc pewną sumę za możliwość korzystania z serwisów, w których roi się od dezinformacji i np. treści wzmagających problemy takie jak zaburzenia odżywiania .

Inną kwestią są nierówności społeczne i dochodowe – nawet przy założeniu, że próg wejścia w korzystanie z płatnych mediów społecznościowych będzie bardzo niski. Powtórzmy to, co w polskich mediach wybrzmiewa od ponad 30 lat: „jesteśmy krajem na dorobku i długo jeszcze będziemy gonić Zachód" w kwestii wynagrodzeń. I nie tylko my.

Bardzo niewielu użytkowników w Polsce z pełnym przekonaniem płaci za treści w internecie – wciąż bardzo lubimy piractwo. Trudno, aby w kraju, w którym rozrywka jest zasadniczo droga i jest dla niektórych luksusem, duża część społeczeństwa traktowała wydatki na np. korzystanie z Facebooka jako coś normalnego i chciała za to płacić. A nie ukrywajmy – dziś obecność w mediach społecznościowych to niestety wymóg - tak środowiska nauki, jak i rynku pracy.

To może zwiększymy użyteczność social mediów?

Wyjście z tego impasu może oferować nie tylko zmiana modelu biznesowego platform, ile – najpierw – zmiana ich podejścia do tego, co oferują użytkownikom.

Może jeśli platformy zaczną istotnie oferować większą wartość, niż tylko możliwość prześlizgnięcia się wzrokiem po zamieszczanych przez znajomych i nieznajomych memach, postach pełnych mowy nienawiści i rozpowszechnianych organicznie (lub nie) dezinformujących artykułach, to społeczeństwo zobaczy w nich towar, za który chce zapłacić.

Platformy, które są towarem? W modelu, w którym od lat to my – użytkownicy nim jesteśmy, wydaje się to całkiem nie do pomyślenia.

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected]

Komentarze

    Czytaj także