- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
- WAŻNE
#CyberMagazyn: Polityka historyczna – pamięć jako narzędzie władzy, tożsamości i wpływu
Polityka historyczna to nie tylko pomniki i rocznice, lecz system wpływu, który kształtuje społeczną pamięć, definiuje wrogów i umacnia przekonanie do własnej prawdy. Kto kontroluje pamięć, ten wpływa na sposób postrzegania świata. Przykład Rosji pokazuje, jak historia staje się dziś narzędziem wojny kognitywnej i geopolitycznego wpływu.
Autor. CyberDefence24/Canva
Polityka historyczna to sposób, w jaki państwo, elity polityczne, instytucje publiczne, media, szkoła, kultura masowa i organizacje społeczne wykorzystują przeszłość do kształtowania współczesnej tożsamości, legitymizacji władzy oraz definiowania wrogów i sojuszników.
Nie jest ona tym samym, czym historia jako nauka. Historia pyta przede wszystkim: co się wydarzyło, jakie są źródła, jakie były przyczyny i skutki danego procesu. Polityka historyczna pyta natomiast: co społeczeństwo ma zapamiętać, jak ma to interpretować i jakie wnioski polityczne ma z tej pamięci wyciągnąć.
Polityka historyczna nie musi oznaczać fałszowania dziejów. Każde państwo upamiętnia własne ofiary, tworzy muzea, ustanawia święta narodowe, buduje pomniki, finansuje badania, wydaje podręczniki i prowadzi dyplomację pamięci.
Problem zaczyna się wtedy, gdy pamięć historyczna zostaje podporządkowana bieżącej propagandzie, a przeszłość przestaje być przestrzenią badania i debaty, stając się narzędziem mobilizacji politycznej. Wówczas polityka historyczna nie służy już zrozumieniu historii, lecz jej selekcji, uproszczeniu albo manipulacji.
Najprościej można powiedzieć, że polityka historyczna jest walką o to, kto ma prawo nazwać przeszłość i nadać jej sens. Dotyczy to zarówno zwycięstw, jak i zbrodni; bohaterstwa, jak i odpowiedzialności; ofiar, jak i sprawców. Dlatego spory o historię bardzo często nie są sporami wyłącznie akademickimi, lecz o prestiż państwa, moralną legitymację, prawo do wpływów, odpowiedzialność za zbrodnie, a czasem także o uzasadnienie współczesnej agresji.
Historia jako zasób polityczny Putina
W przypadku Rosji polityka historyczna od dawna pełni funkcję narzędzia legitymizacji państwa.
Władimir Putin od początku swoich rządów traktował historię jako zasób polityczny. Jego narracja to synkretyzm dziedzictwa carskiego, sowieckiego mitu zwycięstwa i współczesnej wizji Rosji jako oblężonego mocarstwa.
Jak pisze Chaim Shinar w artykule „Vladimir Putin’s Aspiration to Restore the Lost Russian Empire”, opublikowanym w czasopiśmie European Review, polityka Putina może być interpretowana jako dążenie do odtworzenia utraconej skali rosyjskiego imperium oraz wpływów nad przestrzenią poradziecką.
W tej wizji historia nie jest neutralną opowieścią o przeszłości. Jest dowodem na szczególną misję Rosji. Upadek Związku Sowieckiego zostaje przedstawiony jako katastrofa geopolityczna nie dlatego, że oznaczał koniec komunizmu, lecz dlatego, że oznaczał rozpad imperialnej przestrzeni wpływów. Dlatego współczesna rosyjska polityka pamięci łączy w jednym porządku carów, Stalina, Wielką Wojnę Ojczyźnianą, prawosławie, Ruś Kijowską i walkę z Zachodem.
Richard Cohen w artykule „Vladimir Putin’s Rewriting of History Draws on a Long Tradition of Soviet Myth-Making”, opublikowanym w magazynie Smithsonian Magazine, wskazuje, że putinowska wizja historii opiera się na połączeniu sowieckich mitów — już bez ich komunistycznego ciężaru — z opowieścią o przedrewolucyjnym Imperium Rosyjskim.
To bardzo ważne: Rosja nie wybiera między Romanowami a ZSRR. Włącza oba porządki do jednej narracji o państwowej ciągłości, mocarstwowości i historycznej wielkości.
W tej konstrukcji rewolucja bolszewicka nie jest już radykalnym zerwaniem z dawną Rosją. Zostaje przedstawiona raczej jako dramatyczny, ale wewnętrzny etap rosyjskiej historii, który nie powinien rozbijać współczesnej jedności państwa. Stąd powracające w rosyjskim dyskursie publicznym wezwania do „pojednania” wokół wojny domowej lat 1917-1921. W praktyce oznacza to jednak nie tyle pełne rozliczenie przemocy rewolucyjnej, wojny domowej i represji, ile podporządkowanie pamięci historycznej interesowi państwa.
Polityka historyczna jako selekcja pamięci
Każda polityka historyczna dokonuje selekcji. Wybiera pewne fakty, inne marginalizuje. Jedne wydarzenia przedstawia jako fundament tożsamości, inne jako niewygodne epizody, które należy przemilczeć albo zrelatywizować. W rosyjskim przypadku szczególnie wyraźnie widać to w sposobie opowiadania o imperium.
Jak piszą Andriej Sołdatow i Irina Borogan w serwisie Agentura.ru, oficjalna rosyjska narracja przez dziesięciolecia przedstawiała ekspansję Imperium Rosyjskiego jako proces zasadniczo pokojowy, obronny albo konieczny. Rosja miała nie podbijać, lecz „przyłączać”; nie kolonizować, lecz „chronić”; nie atakować, lecz reagować na zagrożenie.
Taki mechanizm jest istotą polityki historycznej. Nie trzeba całkowicie wymyślać historii od nowa. Wystarczy przesunąć akcenty:
- zamiast mówić o podboju Kaukazu, można mówić o „pacyfikacji" albo „włączeniu";
- zamiast mówić o podporządkowaniu Gruzji, można mówić o jej „przyłączeniu" do Rosji;
- zamiast mówić o rozbiorze Polski wspólnie z Hitlerem, można mówić o „zabezpieczeniu granic" ZSRR;
- zamiast mówić o aneksji państw bałtyckich, można mówić o „woli ludu" i „przystąpieniu" do Związku Sowieckiego.
Dlatego polityka historyczna bardzo często działa nie przez jawne kłamstwo, lecz przez język. Słowa „wyzwolenie”, „przyłączenie”, „ochrona”, „misja”, „konieczność”, „bezpieczeństwo” albo „denazyfikacja” mogą zmieniać moralny sens wydarzeń. W tym sensie walka o historię jest także walką o słownik.
Sowieckie źródła putinowskiej polityki historycznej
Istotne jest przy tym, że przemilczanie imperialnego charakteru Rosji nie zaczęło się dopiero w czasach Putina. Już w Związku Sowieckim istniały wyraźne granice dopuszczalnej krytyki caratu. Można było pisać o represyjności monarchii, zacofaniu społecznym, nierównościach klasowych czy walce rewolucjonistów z samowładztwem, ale znacznie trudniej było przedstawiać carską Rosję jako klasyczne imperium kolonialne, które podbijało, podporządkowywało i rusyfikowało inne narody.
Sowiecka historiografia potępiała carat jako system społeczny, lecz bardzo często chroniła samą logikę rosyjskiej ekspansji terytorialnej.
Richard Cohen w artykule na łamach magazynu Smithsonian Magazine podkresla, że putinowskie przepisywanie historii nie powstało w próżni, lecz czerpie z długiej tradycji sowieckiego). Pokazuje, że nawet w ZSRR — państwie oficjalnie zbudowanym na krytyce caratu — wiele dawnych rosyjskich mitów imperialnych zostało przejętych, przetworzonych i wykorzystanych na potrzeby sowieckiej polityki pamięci.
Wymownym przykładem był los Pawła Wołobujewa, jednego z czołowych sowieckich historyków. Gdy w 1974 roku opublikował teksty przedstawiające Rosję 1917 roku jako kraj głęboko zacofany, został pozbawiony stanowiska dyrektora Instytutu Historii ZSRR. Pokazywało to, że nawet w państwie deklaratywnie antycarskim zbyt daleko idące podważanie pozytywnego obrazu historycznej Rosji mogło prowadzić do konsekwencji zawodowych i politycznych.
Ten mechanizm opisują również Andriej Sołdatow i Irina Borogan. Według nich sowiecki system edukacji przedstawiał zarówno Imperium Rosyjskie, jak i Związek Sowiecki jako państwa, które powiększały swoje terytorium zasadniczo pokojowo, obronnie albo z historycznej konieczności.
Carska Rosja mogła być opisywana jako autokratyczna, represyjna i społecznie zacofana, ale nie jako państwo imperialne w zachodnim, kolonialnym sensie. Podboje Kaukazu, Syberii, Azji Środkowej, Gruzji czy ziem ukraińskich przedstawiano jako „przyłączenie”, „zjednoczenie”, „ochronę” albo „cywilizacyjną misję”, a nie jako podporządkowanie innych narodów.
To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie. Sowiecka szkoła mogła potępiać carów jako przedstawicieli obalonego porządku klasowego, ale nie chciała uczyć, że Rosja jako taka była imperium podbijającym inne narody. W efekcie imperialny rdzeń rosyjskiej historii pozostawał nienaruszony. Carowie mogli być krytykowani za samowładztwo, ucisk społeczny czy zacofanie, ale ich ekspansja terytorialna była często przedstawiana jako historyczna konieczność, obrona granic albo proces „zbierania ziem”.
Tę samą strukturę myślenia przejęła później Rosja putinowska. Przeszłość można oceniać selektywnie, można krytykować jednostkowe błędy, nadmierne represje albo dramatyczne koszty modernizacji, ale nie wolno podważać podstawowego mitu, że Rosja nigdy nie była agresywnym imperium kolonialnym, lecz państwem, które „jednoczyło”, „chroniło”, „wyzwalało” i „odpowiadało na zagrożenia”.
Dlatego współczesna rosyjska polityka historyczna nie jest zerwaniem z tradycją sowiecką, lecz jej rozwinięciem. Putinowska narracja tylko bardziej otwarcie łączy sowiecki mit zwycięstwa z carskim mitem imperium.
To, co w ZSRR było ukryte pod językiem „braterskiego zjednoczenia narodów”, „postępu historycznego” i „dobrowolnego przyłączenia”, dziś zostaje włączone do jawnej opowieści o rosyjskiej wielkości, ciągłości państwowej i prawie do dominacji nad przestrzenią postsowiecką.
Film jako narzędzie polityki historycznej
Polityka historyczna nie działa wyłącznie przez podręczniki, przemówienia, pomniki i ustawy. Jednym z jej najważniejszych instrumentów jest również kino.
Film ma większą siłę oddziaływania niż suchy tekst podręcznika, ponieważ nie tylko przekazuje informacje, lecz także buduje emocje, obrazy, wzorce bohaterstwa i zbiorowe wyobrażenia o przeszłości. W państwie autorytarnym kino historyczne może pełnić funkcję szczególnie skutecznego narzędzia socjalizacji politycznej: uczy widza, kto był ofiarą, kto wrogiem, kto bohaterem, a czyja przemoc była rzekomo konieczna.
W przypadku Rosji szczególne znaczenie ma kino wojenne, zwłaszcza produkcje dotyczące Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, czyli wojny Związku Sowieckiego z III Rzeszą w latach 1941–1945.
Ten temat pozostaje centralnym elementem rosyjskiej polityki pamięci. Kreml przedstawia zwycięstwo nad nazizmem nie tylko jako wydarzenie historyczne, lecz fundament współczesnej tożsamości państwowej i moralne źródło rosyjskiego prawa do definiowania ładu powojennego w Europie.
Nie istnieje jedna oficjalna statystyka mówiąca dokładnie, ile filmów o II wojnie światowej produkuje rocznie Rosja. Dostępne są jednak katalogi filmowe pozwalające uchwycić skalę zjawiska.
Według katalogu Kino Mail „Все российские военные фильмы 2025 года” w rosyjskim obiegu filmowym w 2025 roku znajdowało się 20 produkcji oznaczonych jako rosyjskie filmy wojenne. Z tym, że należy zaznaczyć że ta kategoria obejmuje nie tylko filmy o II wojnie światowej, ale również inne produkcje wojenne, dokumentalne, telewizyjne albo dotyczące współczesnych konfliktów.
Podobny obraz daje katalog Kinopoisk „Военные 2025 года Россия – фильмы и сериалы”, który pokazuje rosyjskie produkcje wojenne z 2025 roku, w tym zarówno filmy, jak i seriale. Wśród tytułów pojawiają się m.in. produkcje bezpośrednio odnoszące się do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, takie jak „Группа крови” czy „В списках не значился”.
Z kolei katalog Kino-Teatr.ru„Российские военные фильмы — 2025 год” klasyfikuje część tytułów jednocześnie jako filmy wojenne, dramaty i filmy historyczne, co pokazuje, że granica między kinem wojennym, historycznym i propagandowo-pamięciowym jest w rosyjskim obiegu bardzo płynna.
Na podstawie tych katalogów można ostrożnie stwierdzić, że w 2025 roku — roku 80. rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą — w Rosji pojawiło się co najmniej kilkanaście produkcji wojennych i historycznych, odnoszących się bezpośrednio lub pośrednio do lat 1941–1945.
Po ręcznym odfiltrowaniu tytułów niezwiązanych z II wojną światową widać, że rosyjska kinematografia wypuściła lub wprowadziła do obiegu około kilkunastu filmów fabularnych, telewizyjnych i dokumentalno-fabularnych poświęconych Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Nie jest to liczba wynikająca z jednej urzędowej statystyki, lecz z zestawienia katalogów Kino Mail, Kinopoisk i Kino-Teatr.ru.
Znaczenie tych produkcji nie polega wyłącznie na samej liczbie. Ważniejsza jest ich funkcja:
- filmy o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej stale odtwarzają ten sam podstawowy schemat: Rosja/Związek Sowiecki jako ofiara agresji,
- naród jako wspólnota cierpienia i heroizmu,
- żołnierz jako moralny obrońca ojczyzny,
- Zachód jako siła co najmniej dwuznaczna, często spóźniona, niewdzięczna albo wroga.
W ten sposób kino utrwala emocjonalną wersję tej samej narracji, którą podręcznik przekazuje w języku edukacji, a państwowe media w języku propagandy.
W tym sensie rosyjska produkcja filmowa jest przedłużeniem polityki historycznej. Podręcznik mówi uczniowi, jak ma interpretować pakt Ribbentrop-Mołotow, aneksję państw bałtyckich, atak na Finlandię czy wojnę z Ukrainą. Film natomiast pokazuje mu, jak ma te wydarzenia odczuwać.
Tam, gdzie podręcznik porządkuje fakty, kino porządkuje emocje. Tam, gdzie podręcznik tworzy argument, kino tworzy obraz. Razem budują spójną narrację: Rosja zawsze była atakowana, zawsze musiała się bronić i zawsze miała prawo działać wyprzedzająco, jeśli uznawała, że zagrożone jest jej bezpieczeństwo.
Dlatego kino historyczne i wojenne należy traktować jako jeden z kluczowych elementów rosyjskiej infrastruktury pamięci. W państwie, które podporządkowuje historię polityce, film nie jest tylko kulturą masową. Staje się narzędziem formowania zbiorowej wyobraźni. To dzięki niemu abstrakcyjne pojęcia — „zwycięstwo”, „ofiara”, „faszyzm”, „zdrada”, „ojczyzna”, „oblężona twierdza” — otrzymują twarze, sceny i emocje. A właśnie emocje są często skuteczniejsze niż argumenty.
Nowy rosyjski podręcznik jako modelowy przykład polityki historycznej
Właśnie z tej perspektywy należy odczytywać także nowy rosyjski podręcznik historii. Nie jest odosobnionym projektem edukacyjnym, lecz częścią szerszego systemu: obok filmów wojennych, państwowych rocznic, marszów „Nieśmiertelnego Pułku”, wstążek św. Jerzego, muzeów, pomników, ustaw pamięciowych i mediów państwowych.
Wszystkie te narzędzia działają w tym samym kierunku: mają utrwalać obraz Rosji jako państwa-ofiary, państwa-zwycięzcy i państwa, które ma szczególne prawo do własnej wersji historii.
Najbardziej praktycznym przykładem współczesnej rosyjskiej polityki historycznej jest nowy obowiązkowy podręcznik historii dla rosyjskich szkół średnich, przygotowany pod redakcją Władimira Miedinskiego, doradcy prezydenta Federacji Rosyjskiej oraz Anatolija Torkunowa, rektora Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych — MGIMO.
Jak pisze Aleksiej Uwarow na łamach The Insider, wspomniana książka nie jest zwykłym podręcznikiem szkolnym, lecz narzędziem narzucania uczniom jednej, państwowo zatwierdzonej wersji historii Rosji.
Znaczenie publikacji polega nie tylko na jej treści, ale także na statusie. Do 2023 roku rosyjskie szkoły mogły korzystać z różnych linii podręczników dopuszczonych przez Ministerstwo Edukacji. Wprowadzenie jednego podręcznika oznaczało zasadniczą zmianę: państwo nie tylko określa program nauczania, ale również ogranicza pluralizm interpretacji historycznej. Uczeń nie otrzymuje wielu możliwych sposobów rozumienia przeszłości, lecz jedną wersję, zgodną z aktualnym interesem Kremla.
Meduza podaje, że od 2023 roku historia w rosyjskich szkołach średnich jest nauczana z ujednoliconego podręcznika, którego głównym autorem jest Władimir Miedinski. Według tego samego źródła, twórcy podręcznika otwarcie deklarowali, że jego celem jest wychowanie patriotyzmu, a od września 2026 roku wszystkie rosyjskie szkoły mają przejść na jednolitą linię podręczników historii już od klasy piątej.
W tym sensie nowy podręcznik pokazuje, czym polityka historyczna staje się w systemie autorytarnym. Nie jest już tylko zbiorem oficjalnych obchodów, pomników, rocznic i przemówień państwowych. Wchodzi bezpośrednio do procesu edukacji i kształtuje sposób myślenia młodego pokolenia. Historia przestaje być przestrzenią pytań, a staje się narzędziem politycznej socjalizacji.
Szczególnie wyraźnie widać to w sposobie opisania polityki zagranicznej ZSRR przed II wojną światową.
Jak wskazuje Aleksiej Uwarow, podręcznik Miedinskiego i Torkunowa usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow, sowieckie wejście na wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej, aneksję Litwy, Łotwy i Estonii oraz atak na Finlandię. W każdym z tych przypadków logika narracji jest podobna: Związek Sowiecki nie miał prowadzić ekspansji, lecz rzekomo działać prewencyjnie, aby zapobiec większemu zagrożeniu ze strony III Rzeszy.
To bardzo istotny mechanizm. Podręcznik nie zawsze neguje same wydarzenia. Często zmienia przede wszystkim ich sens. Zajęcie terytorium zostaje przedstawione jako zabezpieczenie granic. Współpraca Stalina z Hitlerem jako wymuszony manewr dyplomatyczny. Aneksja państw bałtyckich jako odpowiedź na wolę miejscowej ludności. Wojna zimowa przeciw Finlandii jako konieczność obronna.
Właśnie w ten sposób działa dojrzała propaganda historyczna: nie usuwa wszystkich faktów, lecz podporządkowuje je jednej interpretacji.
Nowy podręcznik szczególnie wyraźnie pokazuje również sposób przedstawiania Polski.
Według analizy Uwarowa, autorzy podręcznika budują negatywny obraz II Rzeczypospolitej, sugerując jej rzekomą bliskość z Hitlerem i przygotowując ucznia do zaakceptowania rozbioru Polski jako działania uzasadnionego względami bezpieczeństwa.
W tej narracji polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy z 1934 roku zostaje przedstawiona w sposób mający przypominać pakt Ribbentrop-Mołotow. Celem jest stworzenie wrażenia symetrii: skoro Polska również miała porozumieć się z Hitlerem, to ZSRR nie był wyjątkiem, lecz tylko jednym z wielu państw prowadzących realistyczną politykę wobec III Rzeszy.
Taki zabieg ma znaczenie polityczne. Pozwala osłabić wyjątkowy ciężar moralny paktu Ribbentrop-Mołotow i tajnego protokołu o podziale Europy Wschodniej. Zamiast mówić o współudziale Stalina w rozbiorze Polski i przygotowaniu warunków do sowieckiej ekspansji, podręcznik buduje obraz ZSRR jako państwa zmuszonego do trudnych, ale koniecznych decyzji.
W tym sensie historia 1939 roku zostaje przerobiona na lekcję o rzekomej konieczności działania wyprzedzającego.
Podobnie opisano zajęcie państw bałtyckich.
Według podręcznika Litwa, Łotwa i Estonia miały znaleźć się w sytuacji zagrożenia ze strony Niemiec, a obecność ZSRR miała zapobiec wykorzystaniu ich terytoriów przeciwko Moskwie.
Uwarow zwraca uwagę, że taka narracja pomija przymus, ultimata, obecność Armii Czerwonej, kontrolowane wybory i brak realnej suwerenności państw bałtyckich. W efekcie aneksja zostaje przekształcona w opowieść o bezpieczeństwie i „woli ludu”.
Jeszcze bardziej problematyczny jest opis wojny zimowej przeciw Finlandii.
Podręcznik sugeruje, że Stalin dążył do zabezpieczenia Leningradu i uniemożliwienia przekształcenia Finlandii w bazę wypadową III Rzeszy. Pomija jednak skalę sowieckiej agresji, ogromne straty Armii Czerwonej, marionetkowy rząd Otto Kuusinena oraz fakt, że to sam atak ZSRR na Finlandię przyczynił się do późniejszego zbliżenia Helsinek z Berlinem.
W ten sposób wojna napastnicza zostaje przedstawiona jako operacja wymuszona potrzebami obrony.
Nowy podręcznik jest też przykładem tego, jak państwo przenosi współczesną logikę polityczną na przeszłość. Uwarow zwraca uwagę, że sposób usprawiedliwiania polityki Stalina z lat 1939–1940 wyraźnie przypomina dzisiejsze argumenty Kremla używane wobec Ukrainy.
W obu przypadkach ofiara agresji jest przedstawiana jako potencjalne zagrożenie, agresja jako działanie obronne, a zajęcie terytorium jako akt prewencyjny. To pokazuje, że podręcznik nie tylko uczy o przeszłości, ale również przygotowuje uczniów do akceptacji współczesnej polityki państwa.
Tą samą funkcję podręcznika dostrzegały wcześniejsze analizy dotyczące jego wersji z 2023 roku.
Jak pisała Meduza, władze rosyjskie zaprezentowały podręcznik obejmujący także rozdział o wojnie przeciw Ukrainie, wpisując bieżący konflikt w oficjalną opowieść o obronie Rosji przed Zachodem.
Z kolei Alexey Kovalev na łamach Foreign Policy oceniał, że nowe rosyjskie podręczniki wynoszą indoktrynację i fałszowanie historii na nowy poziom.
Z tej racji nowy podręcznik Miedinskiego i Torkunowa pokazuje więc, że polityka historyczna nie jest w Rosji jedynie dodatkiem do propagandy. Jest jednym z jej rdzeni. Państwo nie tylko opowiada obywatelom kim byli ich przodkowie, lecz także uczy, jak mają rozumieć współczesną wojnę, Zachód, Ukrainę, Polskę, państwa bałtyckie i własną rolę w świecie. Przeszłość zostaje podporządkowana teraźniejszości, a podręcznik szkolny staje się instrumentem politycznej lojalizacji.
W tym sensie rosyjski podręcznik jest modelowym przykładem autorytarnej polityki historycznej. Nie zachęca do porównywania źródeł, rozumienia złożoności procesów ani dyskusji o odpowiedzialności państwa. Przeciwnie, porządkuje przeszłość tak, aby prowadziła do jednego wniosku: Rosja zawsze się broni, jej ekspansja jest wymuszona, jej przeciwnicy są zagrożeniem, a krytyczna rozmowa o własnych zbrodniach jest atakiem na państwo.
Polityka historyczna jako narzędzie przesuwania odpowiedzialności
Polityka historyczna może służyć nie tylko budowaniu wspólnotowej dumy, lecz także ograniczaniu odpowiedzialności sprawców.
Dobrym przykładem jest spór o określenie „polskie obozy koncentracyjne” lub „polskie obozy śmierci”. Historycznie precyzyjna formuła powinna brzmieć: niemieckie nazistowskie obozy koncentracyjne i zagłady utworzone na okupowanych ziemiach polskich. Tymczasem w międzynarodowym obiegu medialnym przez dekady pojawiały się określenia „Polish concentration camps” i „Polish death camps”, które zastępowały sprawcę miejscem zbrodni.
Jak pisze Marek Jan Chodakiewicz w serwisie Tygodnik Solidarność / Tysol.pl, tego rodzaju sformułowania należy widzieć jako element szerszego procesu odrywania niemieckiej odpowiedzialności od zbrodni III Rzeszy. W jego ujęciu z czasem „niemieckie” obozy zaczęto określać jako „nazistowskie”, a sami sprawcy tracili narodową identyfikację: przestawali być Niemcami, a stawali się abstrakcyjnymi „nazistami”.
Do tej tezy trzeba jednak wprowadzić istotne zastrzeżenie. Jacek Gancarson i Natalia Zaitceva wskazują w czasopiśmie Czech-Polish Historical and Pedagogical Journal, że najwcześniejsze udokumentowane użycie angielskiej formuły „Polish Death Camp” pojawiło się już w 1944 roku w amerykańskim tygodniku Collier’s Weekly, przy tekście Jana Karskiego, choć nie był to tytuł nadany przez samego Karskiego.
Oznacza to, że kwestia roli zachodnioniemieckiego wywiadu BND, przywoływanej przez Chodakiewicza, dotyczy raczej późniejszego rozpowszechniania i politycznego wykorzystywania tej frazy, a nie pewnego pierwszego „wynalezienia” samego określenia.
Niezależnie od tej chronologicznej ostrożności sam mechanizm pozostaje czytelny. Polityka historyczna może działać jako przesuwanie winy. Jeśli sprawcy tracą narodowość, a miejsce zbrodni zaczyna zastępować sprawcę, dochodzi do moralnego zniekształcenia historii.
Obozy były niemieckie, ponieważ stworzyło je i prowadziło niemieckie państwo nazistowskie. Były położone na okupowanym terytorium Polski, ale nie były polskie. Gdy język zaciera tę różnicę, przestaje być niewinnym skrótem geograficznym, a staje się narzędziem fałszywego przypisania odpowiedzialności.
Ten szerszy mechanizm opisuje Wojciech Polak w artykulen„Polityka Niemiec wobec Polski – jej cele i skutki”. Według niego, niemiecka polityka historyczna nie polega dziś przede wszystkim na negowaniu zbrodni III Rzeszy, lecz na takim zarządzaniu pamięcią, które ogranicza ciężar niemieckiego sprawstwa.
Polak wskazuje, że zbrodnie popełnione przez państwo niemieckie są coraz częściej oddzielane od Niemców jako wspólnoty narodowej i przypisywane „nazistom”. W efekcie odpowiedzialność zostaje przesunięta z niemieckiego państwa, armii, administracji i społeczeństwa na ideologicznie rozmytą kategorię „nazizmu”.
Podobnie Joanna Lubecka w tekście „Spór o słowa: »Niemieckie obozy« i »niemieckie zbrodnie« w niemieckiej i polskiej narracji historycznej” zwraca uwagę, że w niemieckim dyskursie publicznym utrwaliły się formuły takie jak „zbrodnie nazistowskie”, „zbrodnie Hitlera” czy „zbrodnie popełnione w imieniu narodu niemieckiego”. Zastępują one prostsze i historycznie bardziej precyzyjne określenie: „zbrodnie niemieckie”. Nie jest to wyłącznie spór o słowa, ponieważ język decyduje o tym, kto w świadomości społecznej pozostaje sprawcą.
Ważnym elementem tej strategii jest także tzw. dyskurs odciążania. Jak pisze Zbigniew Mazur w analizie „Niemieckie wnuczki i niemieccy wnukowie”, polega on na łagodzeniu wyjątkowości niemieckich zbrodni przez eksponowanie win innych narodów.
W tej logice Polacy mogą być przedstawiani nie tylko jako ofiary niemieckiej okupacji, lecz także jako współsprawcy przemocy wobec Żydów albo jako sprawcy cierpień Niemców po 1945 roku. Przykładem takiego przesunięcia był serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, który — jak wskazuje Mazur — delegitymizował Armię Krajową, pokazując polski ruch oporu przede wszystkim przez pryzmat antysemityzmu.
Podobny problem widać w edukacji. Kamil Frymark w opracowaniu „Lekcje pamięci. Obraz Polski, Francji i Izraela w niemieckich podręcznikach do historii” pokazuje, że niemieckie podręczniki koncentrują się przede wszystkim na Holokauście, dyktaturze narodowosocjalistycznej oraz cierpieniu samych Niemców, natomiast znacznie słabiej przedstawiają polskie doświadczenie okupacji: terror wobec ludności cywilnej, Polskie Państwo Podziemne, Armię Krajową, powstanie warszawskie czy skalę strat poniesionych przez obywateli II Rzeczypospolitej. W rezultacie polska historia wojny pojawia się często fragmentarycznie jako tło dla szerszej narracji niemieckiej.
W szerszym wymiarze niemiecka polityka historyczna działa także przez instytucje, fundacje, granty i akademicki obieg prestiżu.
Jak argumentuje Tomasz Szymborski w tekście „W Berlinie wykuwa się dziś nowa opowieść o polskiej przeszłości”, niemieckie zaplecze fundacyjne i uniwersyteckie może wpływać na to, które interpretacje polskiej historii uzyskują międzynarodową rangę. Nie musi to oznaczać bezpośredniego sterowania badaczami. Wystarczy system nagród, afiliacji, publikacji i grantów, który premiuje określone tematy, pojęcia i język opisu.
Problem ten też podejmuje Marek Cichocki w analizie na łamach Ośrodka Studiów Wschodnich, gdzie pisze wprost: niemiecka polityka historyczna jest integralnym elementem polityki zagranicznej i niemieckiej soft power, a od lat 80. i 90. XX wieku stała się narzędziem „normalizacji” Niemiec oraz budowy ich nowego miejsca w polityce międzynarodowej.
Również Piotr Juchowski analizuje niemieckie fundacje polityczne jako narzędzia oddziaływania na elity społeczne i polityczne innych państw, w tym Polski, przez atrakcyjność polityczno-kulturową RFN. To źródło nie mówi wyłącznie o pamięci historycznej, ale dobrze dokumentuje ogólny mechanizm działania fundacji jako instrumentu soft power.
Najważniejszy wniosek jest więc następujący: niemiecka polityka historyczna nie działa wyłącznie poprzez oficjalne deklaracje, podręczniki czy muzealne narracje, lecz także długofalowe kształtowanie języka, instytucji i systemu prestiżu, w którym opisywana jest przeszłość.
Jej skuteczność polega nie na prostym zaprzeczaniu niemieckim zbrodniom, ale na stopniowym przesuwaniu akcentów: od „Niemców” ku „nazistom”, od niemieckiego sprawstwa ku ogólnej tragedii wojny, od polskiego doświadczenia okupacji ku wybranym przykładom lokalnej współodpowiedzialności.
W ten sposób pamięć o II wojnie światowej zostaje formalnie zachowana, ale jej ciężar moralny i polityczny ulega częściowemu rozproszeniu. A jak wynika z tekstu Wojciecha Polaka, kluczowe są tu trzy mechanizmy: zastępowanie „Niemców” „nazistami”, przesuwanie części winy na inne narody oraz przedstawianie samych Niemców jako ofiar historii.
Dla Polski oznacza to konieczność aktywnej polityki pamięci, konsekwentnego używania pojęcia „zbrodnie niemieckie” oraz obrony własnej suwerenności narracyjnej.
Polityka historyczna jako rehabilitacja państwa
Przykład RFN pokazuje jeszcze jeden wymiar polityki historycznej: odbudowę reputacji państwa po katastrofie moralnej.
Po 1945 roku Niemcy Zachodnie musiały zostać włączone do zachodniego systemu bezpieczeństwa. W realiach zimnej wojny Stany Zjednoczone i ich sojusznicy potrzebowali RFN jako bariery przeciw ZSRR. To oznaczało konieczność politycznej i moralnej rehabilitacji Niemiec Zachodnich.
Jak piszą Richard Breitman, Norman J.W. Goda, Timothy Naftali i Robert Wolfe na łamach Cambridge University Press, zachodnie służby wywiadowcze po wojnie korzystały z wiedzy, kontaktów i struktur ludzi wywodzących się z aparatu III Rzeszy. Ten proces był częścią zimnowojennej kalkulacji: dawni funkcjonariusze nazistowscy mieli być użyteczni w walce z komunizmem.
Polityka historyczna towarzyszyła tej geopolitycznej zmianie. Niemcy Zachodnie musiały przestać być postrzegane wyłącznie jako państwo sprawców, a zacząć funkcjonować jako liberalna demokracja i sojusznik Zachodu. Dlatego coraz większe znaczenie zyskało rozróżnienie między „Niemcami” a „nazistami”.
Samo rozróżnienie jest częściowo uzasadnione: nie każdy Niemiec był nazistą, istniał niemiecki opór, a odpowiedzialność jednostkowa nie może być automatycznie przenoszona na każdego człowieka. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozróżnienie to prowadzi do odnarodowienia zbrodni i rozmycia odpowiedzialnościpaństwa niemieckiego.
W tym sensie polityka historyczna może być używana jako narzędzie powrotu do międzynarodowej wspólnoty. Może pomagać w pojednaniu, ale też prowadzić do wybielania. Granica między jednym a drugim zależy od tego, czy państwo uznaje prawdę o własnych zbrodniach, czy próbuje ją zastąpić wygodniejszą opowieścią.
Rosyjski model: ofiara, która zawsze się broni
Rosyjska polityka historyczna ma inny charakter niż powojenna polityka pamięci RFN. Nie polega głównie na odcięciu się od zbrodniczego dziedzictwa, lecz na jego częściowym przejęciu i usprawiedliwieniu.
Współczesna Rosja nie odrzuca całkowicie ZSRR. Przeciwnie — przejmuje jego zwycięstwo, status mocarstwa i prawo do strefy wpływów, a jednocześnie marginalizuje lub relatywizuje zbrodnie.
Centralnym elementem tej narracji jest Wielka Wojna Ojczyźniana, czyli wojna Związku Sowieckiego z III Rzeszą w latach 1941–1945. Jak pisze Jade McGlynn w tekście dla War on the Rocks, władze rosyjskie przez ostatnie lata przekonywały społeczeństwo, że Zachód prowadzi wojnę z rosyjską historią, a więc również z rosyjską tożsamością (w tej logice obrona „prawdy historycznej” staje się elementem obrony państwa).
To bardzo ważny mechanizm. Jeśli historia zostaje przedstawiona jako pole wojny, to każdy historyk, dziennikarz, państwo lub instytucja, która kwestionuje rosyjską narrację, może zostać uznana za uczestnika ataku na Rosję. Spór o przeszłość zostaje wtedy zmilitaryzowany. Nie chodzi już o interpretację źródeł, ale o lojalność wobec państwa.
Dlatego rosyjska narracja stale powtarza motyw oblężonej twierdzy. Rosja nigdy nie atakuje pierwsza. Rosja zawsze się broni. Jeśli wchodzi na cudze terytorium, to dlatego, że musi uprzedzić zagrożenie. Jeśli narzuca swoją władzę sąsiadom, to dlatego, że chroni ich przed większym niebezpieczeństwem. Jeśli niszczy cudzą państwowość, to dlatego, że ta państwowość rzekomo została przejęta przez wrogie siły.
Ten schemat był widoczny w sowieckim usprawiedliwianiu paktu Ribbentrop-Mołotow, ataku na Finlandię czy aneksji państw bałtyckich. Współcześnie powraca w narracji o Ukrainie. Putin w artykule „Об историческом единстве русских и украинцев”, opublikowanym 12 lipca 2021 roku na oficjalnej stronie Kremla, przedstawił Ukrainę nie jako w pełni odrębny naród i państwo, lecz jako część wspólnej przestrzeni historycznej z Rosją. W ten sposób historia stała się przygotowaniem ideologicznym do agresji.
Instytucje pamięci jako aparat wpływu
Polityka historyczna nie istnieje wyłącznie w przemówieniach przywódców. Potrzebuje instytucji. Państwo utrwala swoją wersję historii przez szkoły, podręczniki, muzea, pomniki, filmy, święta, rekonstrukcje, organizacje społeczne, media i prawo.
W rosyjskim systemie polityki historycznej szczególną rolę odgrywają dwie instytucje: Rosyjskie Wojskowe Towarzystwo Historyczne oraz Rosyjskie Towarzystwo Historyczne.
Nie są to wyłącznie organizacje zajmujące się popularyzacją wiedzy o przeszłości. W praktyce pełnią funkcję narzędzi państwowej narracji historycznej, łącząc działalność edukacyjną, ekspercką, propagandową i symboliczną z interesami rosyjskiego aparatu władzy.
Na czele Rosyjskiego Wojskowego Towarzystwa Historycznego stoi Władimir Rostisławowicz Miedinski. Oficjalna strona organizacji przedstawia go jako jej przewodniczącego oraz pomocnika prezydenta Federacji Rosyjskiej. W biogramie wskazano również, że funkcję przewodniczącego Rosyjskiego Wojskowego Towarzystwa Historycznego pełni od 2013 roku.
Sama organizacja została powołana na mocy dekretu prezydenta Federacji Rosyjskiej nr 1710 z 29 grudnia 2012 roku. Jej znaczenie wykracza poza obszar historii wojskowości: Miedinski został również przewodniczącym międzyresortowej komisji do spraw edukacji historycznej, utworzonej dekretem prezydenckim nr 442 z 30 lipca 2021 roku.
Warto dodać, że ta sama postać występowała także w roli politycznej jako przewodniczący rosyjskiej delegacji podczas rozmów rosyjsko-ukraińskich prowadzonych po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku.
Drugą kluczową instytucją jest Rosyjskie Towarzystwo Historyczne, którym kieruje Siergiej Jewgienjewicz Naryszkin, dyrektor SWR. Oficjalna strona Towarzystwa wymienia go jako przewodniczącego Towarzystwa i przewodniczącego rady fundacji „Historia Ojczyzny”.
Ten personalny układ jest szczególnie istotny, ponieważ pokazuje bezpośrednie powiązanie rosyjskiej polityki pamięci z aparatem państwa i służbami specjalnymi. W rosyjskim modelu historia nie jest więc traktowana wyłącznie jako dziedzina nauki, lecz jako instrument legitymizacji władzy, mobilizacji społecznej i oddziaływania informacyjnego na zewnątrz.
Jak pisze Jade McGlynn, w latach 2013-2020 Rosyjskie Wojskowe Towarzystwo Historyczne stworzyło m.in. 3000 tablic pamiątkowych, 650 otwartych wykładów, 600 filmów dokumentalnych i fabularnych, 300 pomników, 251 wycieczek wojskowo-historycznych, 213 festiwali historii wojskowej, 155 obozów wojskowo-historycznych, 70 konferencji, 40 wystaw, dziewięć pociągów tematycznych, siedem komisji historycznych, sześć portali internetowych i cztery muzea.
Nowsze dane pokazują, że po 2020 r. ta infrastruktura pamięci została jeszcze rozbudowana. Według RBC, do końca 2023 r. w sprawozdaniach RVIO figurowało już 550 pomników, stel i popiersi oraz 4000 tablic pamiątkowych. Z kolei raport RVIO za 2024 r. wskazuje na 612 pomników, stel i popiersi, 4227 tablic pamiątkowych, 20 pomników za granicą, 89 oddziałów regionalnych i 894 oddziały lokalne.
W 2025 r. aktywność ta została dodatkowo wpisana w kontekst 80. rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą oraz wojny przeciw Ukrainie.
Jak podawała agencja TASS, RVIO zainstalowało ponad 4100 tablic poświęconych bohaterom Wielkiej Wojny Ojczyźnianej oraz 111 tablic upamiętniających uczestników „specjalnej operacji wojskowej”, a więc rosyjskiej wojny przeciw Ukrainie.
Równolegle Rosyjskie Towarzystwo Historyczne i powiązany z nim Fundusz „Historia Ojczyzny” rozwijają projekty edukacyjne, wystawiennicze i filmowe. W raporcie „Проекты Фонда »История Отечества« 2024” wymieniono m.in.:
- konkurs „История в школе: традиции и новации" z 24 zwycięzcami,
- trzy konkursy historyczno-patriotycznego wychowania młodzieży,
- cztery regionalne festiwale filmu historyczno-dokumentalnego,
- 12 ekspozycji projektu „Обыкновенный нацизм",
- ponad 50 materiałów wideo,
- 100 materiałów informacyjnych.
Tego rodzaju aktywność nie jest neutralnym upamiętnianiem. Jest budowaniem całego środowiska symbolicznego, w którym obywatel stale spotyka się z określoną wersją przeszłości: w szkole, muzeum, kinie, mediach, przestrzeni miejskiej i podczas uroczystości państwowych.
Szczególnie znamienne jest to, że w aktualnych projektach pojawiają się także wystawy i seminaria dotyczące „Muzeum SWO” oraz ekspozycje w rodzaju „Обыкновенный нацизм”, które wpisują wojnę przeciw Ukrainie w starszy schemat walki z faszyzmem i obrony „prawdy historycznej”.
Podobną funkcję pełni „Nieśmiertelny Pułk”, który początkowo był oddolną inicjatywą upamiętniającą rodzinne losy uczestników wojny, a następnie został przejęty i wpisany w oficjalną patriotyczną mobilizację. Wstążka św. Jerzego także stała się nie tylko symbolem pamięci o zwycięstwie, lecz również znakiem lojalności wobec kremlowskiej interpretacji historii.
W tym sensie polityka historyczna tworzy rytuały zbiorowej identyfikacji. Uczy, kto jest „nasz”, kto jest „obcy”, kto był zawsze wrogiem, a kto zawsze ofiarą. Im silniej państwo kontroluje te rytuały, tym łatwiej przekształcić pamięć w narzędzie posłuszeństwa.
Prawo jako narzędzie zamykania debaty
Najbardziej niebezpieczna forma polityki historycznej pojawia się wtedy, gdy państwo zaczyna karać za alternatywne interpretacje przeszłości.
W Rosji szczególne znaczenie mają przepisy dotyczące „rehabilitacji nazizmu” oraz ochrony pamięci o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. W praktyce mogą one ograniczać debatę o pakcie Ribbentrop-Mołotow, zbrodniach Stalina, sowieckiej okupacji Europy Środkowo-Wschodniej czy porównywaniu praktyk ZSRR i III Rzeszy.
Taka polityka przestaje być tylko polityką pamięci. Staje się państwową reglamentacją prawdy. Obywatel nie tylko uczy się jednej wersji historii w szkole, ale również wie, że publiczne zakwestionowanie tej wersji może prowadzić do konsekwencji prawnych. Wtedy historia zostaje zamknięta w systemie lojalności.
To jest zasadnicza różnica między demokratyczną a autorytarną polityką historyczną. W państwie demokratycznym polityka pamięci może być przedmiotem sporu. Można krytykować pomniki, podręczniki, uchwały parlamentu, muzea i państwowe ceremonie. W systemie autorytarnym państwo próbuje narzucić jedną wersję przeszłości, a sprzeciw wobec niej traktuje jako zdradę, obrazę albo działalność wrogą.
Polityka historyczna jako wojna informacyjna
Współcześnie polityka historyczna stała się jednym z narzędzi wojny informacyjnej. Nie chodzi już wyłącznie o to, jak państwo opowiada własnym obywatelom o przeszłości, lecz także jak próbuje wpływać na pamięć międzynarodową.
Państwa rywalizują o status ofiary, wyzwoliciela, zwycięzcy, sprawcy albo obrońcy cywilizacji. Dlatego spór o język historii nie jest sprawą drugorzędną.
Przykład określenia „Polish death camps” pokazuje, że pozornie techniczny skrót geograficzny może prowadzić do przesunięcia odpowiedzialności moralnej i politycznej: niemieckie nazistowskie obozy zagłady, utworzone i zarządzane przez III Rzeszę na okupowanych ziemiach polskich, zaczynają być w świadomości części odbiorców kojarzone z Polską.
Problem polega więc nie tylko na nieprecyzyjnym sformułowaniu. Chodzi o mechanizm, w którym niemieckie nazistowskie obozy zagłady — stworzone, zarządzane i nadzorowane przez aparat państwa niemieckiego — zaczynają być w międzynarodowej wyobraźni kojarzone z Polską, czyli z krajem okupowanym i jednym z głównych obiektów niemieckiego terroru.
To odwrócenie perspektywy ma poważne skutki: państwo ofiara może zostać częściowo przesunięte w stronę kategorii współodpowiedzialności, natomiast państwo sprawca korzysta z językowego rozmycia własnej roli.
Najbardziej agresywną formę takiego użycia historii widać jednak w polityce Federacji Rosyjskiej.
Jak wskazuje Jacek Kiera, rosyjska polityka historyczna wobec Polski nie jest zwykłym sporem o interpretację przeszłości, lecz elementem szerszej wojny informacyjnej prowadzonej przez Kreml.
Jej rdzeniem pozostaje obrona sowieckiej narracji o II wojnie światowej: mitu „wyzwolenia” Europy przez Armię Czerwoną, wyjątkowej roli ZSRR w pokonaniu III Rzeszy oraz przedstawiania Rosji przede wszystkim jako ofiary i zwycięzcy, a nie jako państwa współodpowiedzialnego za rozbiór Europy Środkowej po pakcie Ribbentrop–Mołotow.
Ten sam mechanizm opisuje Lech Wyszczelski. Zwraca uwagę, że rosyjska „wojna pamięci” wobec Polski ma głębsze podłoże niż bieżąca propaganda: wyrasta z długiej tradycji wykorzystywania historii do uzasadniania imperialnych aspiracji Rosji — od mitu „Trzeciego Rzymu”, przez imperium rosyjskie i ZSRR, po współczesną Federację Rosyjską pod rządami Władimira Putina.
Szczególne miejsce zajmuje tu Polska postrzegana w Moskwie jako państwo ograniczające rosyjskie wpływy w Europie Środkowo-Wschodniej. Dlatego rosyjska polityka historyczna koncentruje się na takich wątkach, które mogą osłabić polską narrację, podważyć wiarygodność Warszawy i zrelatywizować sowieckie zbrodnie.
Najbardziej wyrazistym przykładem jest tzw. „Anty-Katyń”. Według Lecha Wyszczelskiego, po ujawnieniu przez ZSRR prawdy o zbrodni katyńskiej w 1990 roku Michaił Gorbaczow polecił rosyjskim instytucjom poszukiwanie w historii relacji polsko-rosyjskich takich wydarzeń, które mogłyby osłabić wymowę Katynia. W ten sposób zaczęto eksponować los jeńców Armii Czerwonej w polskiej niewoli po wojnie 1919–1920, przedstawiając ich śmierć jako rzekome ludobójstwo dokonane przez Polaków.
Wyszczelski podkreśla jednak, że taka interpretacja nie znajduje potwierdzenia w faktach historycznych. Jej celem było stworzenie fałszywej symetrii: skoro Rosja musiała przyznać się do zbrodni katyńskiej, należało wykazać, że Polska również ma na sumieniu podobną zbrodnię.
Podobną diagnozę formułują Sławomir Łukasiewicz, Jędrzej Piekara i Agata Tatarenko w komentarzu Instytutu Europy Środkowej. Stwierdzają, że dezinformacja historyczna jest dziś jednym z kluczowych instrumentów rosyjskiej polityki wobec regionu.
Jej korzenie sięgają praktyk sowieckich, zwłaszcza działalności KGB, ale współcześnie została dostosowana do realiów cyfrowych. Rosja wykorzystuje media społecznościowe, tradycyjne media, komunikaty dyplomatyczne, raporty quasi-naukowe, think tanki, ośrodki akademickie i instytucje państwowe. Celem nie jest jedynie fałszowanie pojedynczych faktów, lecz budowanie całych narracji, które wpływają na emocje, tożsamość i pamięć zbiorową.
Centralnym elementem tej strategii pozostaje mit Związku Sowieckiego jako głównego wyzwoliciela Europy od nazizmu. Kreml eksponuje zwycięstwo nad III Rzeszą, a jednocześnie marginalizuje lub relatywizuje pakt Ribbentrop-Mołotow, sowiecką okupację Europy Środkowej, powojenne represje i podporządkowanie regionu Moskwie. Państwa, które usuwają pomniki Armii Czerwonej albo przypominają o sowieckiej dominacji, są oskarżane o „fałszowanie historii”, „rusofobię” i „rewizjonizm”.
Historia staje się więc narzędziem presji politycznej. Najdalej ten mechanizm posunięto wobec Ukrainy.
Rosyjska narracja przez lata podważała ukraińską państwowość, przedstawiała Ukraińców i Rosjan jako „jeden naród”, a Zachód jako siłę sztucznie odrywającą Ukrainę od Rosji. W tej logice agresja z 2022 roku została wpisana w mit kontynuacji walki z nazizmem i przedstawiona jako „misja dziejowa”.
Nowe rosyjskie podręczniki historii oraz filmy wojenne i historyczne pełnią tę samą funkcję na poziomie edukacji i emocji: uczą, że agresja może być „obroną”, okupacja „zabezpieczeniem granic”, a przemoc „historyczną koniecznością”.
Najważniejszy wniosek jest więc taki: rosyjska polityka historyczna nie polega wyłącznie na kłamstwie. Jej skuteczność wynika z łączenia faktów, przemilczeń, selektywnej interpretacji i emocjonalnego języka.
Kreml używa historii jako narzędzia wojny kognitywnej: wpływa na pamięć, emocje, tożsamość i decyzje polityczne społeczeństw.
W przypadku Polski służy to delegitymizowaniu polskiej polityki pamięci, relatywizowaniu sowieckiej odpowiedzialności, pomniejszaniu znaczenia Katynia i przedstawianiu Warszawy jako państwa „rusofobicznego” oraz „rewizjonistycznego”.
Dlatego obrona prawdy historycznej w Europie Środkowej nie jest wyłącznie zadaniem historyków. Jest elementem bezpieczeństwa państwa, odporności społecznej i walki o suwerenność narracyjną.
Czym więc jest polityka historyczna?
Polityka historyczna jest czymś znacznie szerszym niż spór o podręcznik, pomnik czy nazwę ulicy. To system działań, za pomocą których państwo i inne podmioty próbują nadać przeszłości określony sens polityczny. Może mieć formę edukacji, upamiętnienia, dyplomacji, propagandy, prawa, filmu, literatury, muzealnictwa, mediów i rytuałów publicznych.
Może służyć dobrym celom: przywracaniu pamięci o ofiarach, dokumentowaniu zbrodni, wzmacnianiu świadomości historycznej, obronie prawdy przed fałszerstwem. Ale może też służyć celom destrukcyjnym: wybielaniu sprawców, usprawiedliwianiu agresji, narzucaniu jednej wersji historii, niszczeniu reputacji innych narodów i mobilizowaniu społeczeństwa przeciw wskazanemu wrogowi.
Najważniejsze pytanie nie brzmi więc, czy państwo prowadzi politykę historyczną – i prowadzi ją każde państwo – lecz: czy polityka historyczna opiera się na prawdzie, pluralizmie i czy na, przemilczeniu i instrumentalizacji przeszłości.
Rosyjski przykład pokazuje, czym staje się polityka historyczna w systemie autorytarnym: narzędziem imperialnej mobilizacji i usprawiedliwiania przemocy.
Wcześniejsza sowiecka praktyka przemilczania imperialnego charakteru carskiej Rosji pokazuje, że putinowska narracja nie powstała w próżni. Jest kontynuacją długiej tradycji, w której można było krytykować poszczególnych carów, błędy elit czy zacofanie społeczne, ale nie wolno było podważać podstawowego mitu: że Rosja nie była imperium podboju, lecz państwem „zbierającym”, „chroniącym” i „jednoczącym” inne narody.
Nowy rosyjski podręcznik historii pokazuje, jak ta polityka schodzi z poziomu przemówień i propagandy medialnej do poziomu szkoły, lekcji i codziennego kształtowania świadomości młodego pokolenia. Produkcja filmowa pokazuje natomiast, jak ta sama polityka działa na poziomie emocji, obrazów i zbiorowej wyobraźni. Przykład określenia „polskie obozy koncentracyjne” pokazuje z kolei, jak język pamięci może przesuwać odpowiedzialność i niszczyć reputację narodu-ofiary.
W każdym z tych przypadków stawką jest nie tylko interpretacja historii, ale także moralny porządek współczesności. Ten, kto kontroluje pamięć, wpływa na to, jak społeczeństwo rozumie własną tożsamość, cudzą winę, własne krzywdy i prawo do działania.
Historia może być przestrzenią prawdy i odpowiedzialności. Może jednak stać się także arsenałem — zbiorem mitów, oskarżeń i usprawiedliwień używanych w bieżącej walce politycznej.
Zobacz też







Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].
Krajowy system e-Faktur - co musisz wiedzieć o KSEF?
Materiał sponsorowany