- WIADOMOŚCI
- WAŻNE
Jak zbudować system ostrzegania, który nie zawiedzie? Poradnik dla decydentów
Autor. Kancelaria Premiera (@PremierRP)/X
Niemcy mają swój Warntag, Holendrzy dwa razy w roku słyszą próbny alarm w telefonie, a Norwegowie wiedzą, że w kryzysie trzeba włączyć NRK P1. Polak po usłyszeniu syreny powinien – według rządowego poradnika – włączyć radio i/lub telewizor, choć nikt mu nie określił, jaki program, na jakim kanale i na jakiej częstotliwości. Czego możemy się nauczyć od państw, które ostrzeganie ludności potraktowały inaczej?
28 kwietnia 2025 roku Hiszpania, Portugalia i część Francji w ciągu kilku sekund straciły zasilanie. Zgasły światła, stanęły windy i pociągi, a po niedługim czasie zaczęły wyłączać się stacje bazowe telefonii komórkowej. Przestał działać internet, rządowe aplikacje i SMS-y.
Na ulicach Madrytu i Lizbony ludzie gromadzili się wokół samochodów i odbiorników na baterie, ponieważ jedynym sprawnym medium pozostało radio. W szczytowym momencie słuchał go co czwarty mieszkaniec i przekazywał informacje innym.
Ta historia dobrze streszcza filozofię nowoczesnego ostrzegania ludności.
Nie ma jednego idealnego kanału dotarcia z komunikatem. Każdy zawodzi w różnych okolicznościach i właśnie dlatego trzeba utrzymywać kilka sprawnych kanałów równolegle. Specjaliści nazywają to redundancją.
Dojrzały system przypomina więc tort z kilku warstw, a każda z nich odpowiada za co innego.
Warstwa pierwsza: syrena
Syreny alarmowe to najstarszy element układanki i wciąż potrzebny. Ich zadanie jest proste: obudzić, przerwać codzienność, zasygnalizować niebezpieczeństwo.
Kłopot w tym, że syrena nie mówi, co się dzieje ani jak się zachować. Trzyminutowy dźwięk modulowany może oznaczać powódź, skażenie chemiczne albo nadlatujący pocisk, a reakcja na każde z tych zagrożeń powinna być inna.
Obok sygnałów dźwiękowych istnieje jeszcze system stopni alarmowych (ALFA, BRAVO, CHARLIE, DELTA), wprowadzonych ustawą o działaniach antyterrorystycznych.
To bardziej „ciche” ostrzeżenia, o których dowiadujemy się z mediów. Pytanie, czy wiemy, co one oznaczają (o tym poradniki milczą).
Co do syren, Europa poszła tutaj dwiema drogami. Holandia uznała syreny za przeżytek i zdecydowała się stopniowo wygasić sieć ponad czterech tysięcy urządzeń, przenosząc ciężar ostrzegania na telefony.
Niemcy po powodzi w dolinie rzeki Ahr w 2021 roku, w której zginęło ponad 180 osób, wyciągnęły wniosek odwrotny i zaczęły syreny odbudowywać, bo tamtej nocy telefony wielu ofiar milczały.
Wniosek dla Polski wydaje się rozsądny: syreny pozostawić i unowocześnić, ale traktować je wyłącznie jako dzwonek do drzwi. Treść informacji musi przyjść innym kanałem.
Modernizacja syren zresztą już trwa: wymieniane są setkami na elektroniczne, zdolne także do nadawania komunikatów głosowych.
Warstwa druga: telefon, czyli Cell Broadcast
Skoro prawie każdy nosi w kieszeni telefon komórkowy, trzeba go wykorzystać.
Polski Alert RCB robi to metodą masowej wysyłki SMS-ów: system musi wysłać miliony pojedynczych wiadomości, co trwa, obciąża sieć i zawodzi akurat wtedy, gdy wszyscy naraz próbują dzwonić i wysyłać prywatne SMS-y.
Doskonałym przykładem są tutaj życzenia noworoczne, które często otrzymujemy po kilkunastu godzinach. Większość państw zachodnich przeszła już na inną technologię.
Cell Broadcast działa jak radio wbudowane niejako w sieć telefonii. Stacja bazowa emituje komunikat, który w kilka sekund pojawia się na każdym telefonie w jej zasięgu.
Nie wymaga znajomości numerów, nie śledzi nikogo i nie zapycha sieci. Przebija się przez tryb cichy przenikliwym dźwiękiem i daje się precyzyjnie adresować, np. tylko do gminy nad wezbraną rzeką albo do dzielnicy objętej skażeniem.
Tak działa m.in. niemiecki DE-Alert, francuski FR-Alert, holenderski NL-Alert i amerykańskie Wireless Emergency Alerts.
Jest jednak haczyk, o którym mówi się niestety niechętnie. Cell Broadcast trzeba najpierw zbudować.
To nie aplikacja, którą można tanio uruchomić w kilka tygodni, tylko infrastruktura u wszystkich operatorówi właścicieli infrastruktury wieżowej, zintegrowana z systemem rządowym i przetestowana.
Niemcy od decyzji podjętej po powodzi do uruchomienia systemu potrzebowali ponad półtora roku. W Polsce o wdrożeniu szepce się od 2023 roku i wciąż czekamy.
Realny horyzont, licząc od wiążących decyzji, to rok do dwóch lat. Tę drogę warto przejść, ale do tego czasu nie mamy prawa udawać, że ten system istnieje.
Druga słabość jest wpisana w samą technologię. Cell Broadcast żyje tak długo, jak żyje infrastruktura komórkowa.
Wystarczy blackout, uszkodzone stacje bazowe albo celowy atak na infrastrukturę telekomunikacyjną i najnowocześniejszy system alertów milknie razem z telefonami. Dokładnie to zobaczyliśmy w Hiszpanii.
Do tego dochodzą starsze aparaty, które takich komunikatów nie odbiorą oraz ludzie, którzy telefonu akurat nie mają przy sobie.
Warstwa trzecia: radio, czyli plan B, który już istnieje
Najstarszy z kanałów okazuje się przy tym jedynym dostępnym od zaraz.
Sieć nadajników AM/LW, FM i cyfrowych multipleksów DAB+ pokrywa niemal cały kraj, odbiornik jest w każdym samochodzie i w większości domów, a duże obiekty nadawcze mają zasilanie awaryjne.
Radio nie potrzebuje internetu, sieci komórkowej ani prądu w gniazdku słuchacza, wystarczą baterie. Komunikat odebrany radiem dociera do ludzi już dzisiaj, bez żadnych inwestycji.
Tam, gdzie Cell Broadcast trzeba budować od zera, radio działa, trzeba je jedynie usprawnić. A usprawniać jest co i tu znów warto podpatrywać innych.
Norwegia, wyłączając analogowe FM, zadbała o to, by kanał NRK P1 pozostał oficjalną anteną kryzysową. Każdy Norweg wie, czego słuchać, gdy dzieje się coś złego.
Niemcy testują w multipleksach DAB+ funkcję ASA, dzięki której odbiornik w trybie czuwania sam się budzi i odtwarza komunikat alarmowy.
Amerykański system EAS potrafi automatycznie przerwać program każdej stacji w kraju i wyemitować ostrzeżenie w kilka sekund, bez udziału redaktora, także w środku nocy.
W radiofonii FM istnieje wreszcie zapomniana funkcja systemu RDS, kod PTY 31 o nazwie ALARM, zdolny przełączyć odbiornik na kanał nadający komunikat. To technologia z lat dziewięćdziesiątych, w Polsce nigdy niestety nie wdrożona.
Polska lista zadań układa się więc sama. Wyznaczyć i publicznie ogłosić Program Pierwszy Polskiego Radia jako krajową antenę alarmową, zobowiązać nadawców do emisji komunikatów, uruchomić ASA w DAB+ i naprawić RDS, wreszcie zadbać o agregaty i paliwo dla wyznaczonych kluczowych nadajników.
Żaden z tych kroków nie wymaga technologicznej rewolucji. Wymaga po prostu decyzji.
Warstwa czwarta: internet, aplikacje i ekrany
Ostatnia warstwa jest najbardziej pojemna: strony internetowe, media społecznościowe, powiadomienia w aplikacjach, telewizja, ekrany w komunikacji miejskiej i przestrzeni publicznej.
W normalnych warunkach to kanały znakomite, bo mogą przekazać mapy, instrukcje i odpowiedzi na pytania, czego nie zrobi ani syrena, ani krótki alert na telefonie.
Francuzi zintegrowali FR-Alert z aplikacjami kryzysowymi, Amerykanie równolegle z telefonami alarmują przez telewizję.
Trzeba tylko pamiętać, że ta warstwa jest najbardziej krucha. Przy awarii zasilania telewizja przestaje działać i pierwsza tonie w dezinformacji. Może być uzupełnieniem, ale nie fundamentem.
Mózg operacji: jeden komunikat, wszystkie kanały
Cztery warstwy to dopiero połowa sukcesu. Druga połowa to sposób ich połączenia.
Wyobraźmy sobie dyżurnego, który w środku nocy musi osobno uruchomić syreny, osobno wysłać alert na telefony, osobno dodzwonić się do rozgłośni i osobno opublikować komunikat na stronie. Każda minuta zwłoki oznacza realne ryzyko.
Dlatego dojrzałe systemy mają jeden pulpit sterowniczy. W Niemczech nazywa się on MoWaS, w Stanach Zjednoczonych IPAWS. Zasada jest w obu przypadkach taka sama: operator pisze jeden komunikat w ustandaryzowanym (!) formacie CAP, zaznacza obszar na mapie i naciska jeden przycisk, a dalej wszystko dzieje się automatycznie.
Wyją syreny, wibrują telefony, radio przerywa program, strony publikują ostrzeżenie. Budowa takiej centralnej platformy powinna być w Polsce absolutnym priorytetem, bo bez niej nawet najlepsze kanały pozostaną zbiorem odrębnych narzędzi.
Ostatnie ogniwo: człowiek, który wie, co robić
Najlepszy technicznie system można jednak zmarnować brakiem doświadczenia.
Niemcy przekonali się o tym boleśnie, gdy pierwszy ogólnokrajowy Warntag w 2020 roku okazał się porażką, a próbne komunikaty docierały z półgodzinnym opóźnieniem albo wcale. Właśnie dlatego Warntag odbywa się co roku, żeby błędy wychodziły na próbach, a nie podczas prawdziwego kryzysu.
Holendrzy testują NL-Alert dwa razy do roku, w pierwszy poniedziałek czerwca oraz grudnia w samo południe i każdy mieszkaniec zna ten rytuał. Regularność ma podwójny sens: służby sprawdzają sprzęt i procedury, a obywatele oswajają się z alarmami.
W Polsce rozesłany do wszystkich gospodarstw domowych „Poradnik Bezpieczeństwa” zaleca zakupienie radia na baterie i nakazuje, aby po sygnale alarmowym włączyć radio i/lub telewizor. Nie podaje jednak żadnych szczegółów co do częstotliwości ani nazwy stacji.
To trochę tak, jakby kazać komuś wezwać pomoc, nie podając numeru telefonu. Krajowy dzień ostrzegawczy raz lub dwa razy w roku, karta i mapa z częstotliwościami lokalnych rozgłośni w każdym domu oraz szkolna lekcja o znaczeniu sygnałów alarmowych i o tym, gdzie szukać informacji, kosztowałyby niewiele w porównaniu z ceną chaosu w prawdziwym kryzysie.
Kto naciska przycisk?
Pozostaje pytanie najtrudniejsze, bo wcale nie techniczne: kto ma prawo uruchomić taki system. Zanim wymyślimy „coś swojego”, warto sprawdzić, co pokazują doświadczenia innych.
Zbyt scentralizowany model oznacza, że lokalny komunikat o wezbranej rzece czeka na akceptację w stolicy, a woda nie czeka. Zbyt rozproszony kończy się jak na Hawajach w styczniu 2018 roku, gdy pracownik stanowej agencji pomylił ćwiczenia z prawdziwym zagrożeniem i wysłał do milionów ludzi ostrzeżenie o nadlatującym pocisku balistycznym. Odwołanie fałszywego alarmu zajęło 38 minut, bo procedury przewidywały, jak alert wysłać, ale już nie jak go odwołać.
Rozsądny kompromis wygląda jak obecnie w Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech: uprawnienia są wielopoziomowe i przypisane do skali zagrożenia.
Logika jest prosta: o lokalnym zagrożeniu ostrzega ten, kto jest najbliżej i wie najwięcej, ale o zagrożeniu ogólnokrajowym i militarnym decyduje wyłącznie szczebel centralny.
W Polsce naturalny podział rysuje się podobnie. Alerty ogólnokrajowe powinny pozostać w rękach Prezesa Rady Ministrów i/lub Ministra Obrony Narodowej, alarmy powietrzne i zagrożenia CBRN u Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych, komunikaty regionalne u wojewody i/lub szefa RCB, a lokalne, po przeszkoleniu i certyfikacji, na poziomie powiatowych centrów zarządzania kryzysowego.
Do tego dwie żelazne reguły wyniesione z hawajskiej lekcji: żaden alert nie wychodzi bez potwierdzenia przez drugą osobę, a procedura odwołania fałszywego komunikatu musi być równie szybka jak procedura nadania. System, którego ludzie boją się użyć, jest równie zły jak ten, którego użyć zbyt łatwo.
Tak zarysowany podział kompetencji stanowi pierwszą warstwę projektowanej Centralnej Platformy Zarządzania Komunikatami Kryzysowymi (CPZK). Wszystkie uprawnione organy wprowadzają w niej jednolitą treść komunikatu do jednego punktu wejścia (single point of entry), każdy w swoim zakresie odpowiedzialności, ale z użyciem tych samych narzędzi i procedur.
Poradnik w pięciu punktach
Zagraniczne doświadczenia można sprowadzić do prostego przepisu dla Polski.
- Po pierwsze, natychmiast uporządkować radio: wyznaczyć antenę kryzysową, ogłosić częstotliwości, zabezpieczyć nadajniki; jest to jedyna warstwa dostępna od ręki i odporna na blackout.
- Równolegle, wdrożyć Cell Broadcast z twardym harmonogramem i testami, godząc się z tym, że zajmie to rok lub dwa.
- Następnie zbudować centralną platformę uruchamiającą wszystkie kanały jednym przyciskiem.
- Jednocześnie zachować i unowocześnić syreny jako uniwersalny sygnał alarmowy.
- Na koniec ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć i wyciągać wnioski.
Hiszpański blackout, niemiecka powódź i norweskie wyłączenie FM uczą tego samego. W kryzysie liczy się nie ten kanał, który jest najnowocześniejszy, ale ten, który działa. Mądry system ostrzegania nie wybiera więc między syreną, telefonem a radiem. Utrzymuje wszystkie trzy i potrafi ich odpowiedzialnie i skutecznie użyć.





Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].
Wybrane okazje dla Ciebie