Reklama
  • WAŻNE
  • WIADOMOŚCI
  • ANALIZA

#CyberMagazyn: Służby jako twórcy pozornej rzeczywistości. Oto jak kontrolują decyzje wroga

Sylwetki pięciu cyfrowych osób na zielonym tle z liczbami.
Prawda staje się budulcem fałszywej interpretacji. Oto czego szuka kontrwywiad.
Autor. CyberDefence24/Canva

Klasyczni szpiedzy z teczkami nie są już gwarancją sukcesu. Dziś na cyfrowym polu bitwy rządzą „inżynierowie wiarygodności”. Wykorzystując sztuczną inteligencję, deepfake’i i podrabiane portale informacyjne, obce służby nie próbują nas ordynarnie okłamać. Ich cel jest znacznie bardziej wyrafinowany: sprawić, byśmy sami doszli do wniosków, na których im zależy. Oto jak działają inżynierowie fałszywej wiarygodności.

Służby specjalne coraz rzadziej działają wyłącznie w klasycznym świecie tajnych dokumentów, agentów, meldunków i zamkniętych archiwów. Ich prawdziwym polem walki staje się dziś wiarygodność

Nie chodzi już tylko o to, aby zdobyć ukrytą informację albo ochronić własną tajemnicę, lecz aby przeciwnik błędnie rozpoznał rzeczywistość, źle ocenił intencje, nadał nadmierne znaczenie fałszywym sygnałom, zignorował sygnały prawdziwe i sam uznał podsunięty obraz za własny wniosek. 

Z tej racji współczesne służby specjalne można określić jako inżynierów wiarygodności. Ich zadaniem nie jest wyłącznie produkowanie sekretów, ale również stwarzanie pozoru: fałszywej autentyczności, cyfrowych śladów, podstawionych kanałów, spreparowanych narracji, pozornie niezależnych źródeł, fałszywych mediów, kont udających realnych ludzi, dronów-wabików, atrap sprzętu, kontrolowanych przecieków i syntetycznych treści, które mają wyglądać jak naturalny fragment rzeczywistości.

Reklama

Kształtowanie percepcji wroga

W języku wywiadu angielskie pojęcie deception (tłum. zwodzenie, wprowadzanie w błąd) nie powinno być automatycznie tłumaczone jako „oszustwo”. 

„Oszustwo” sugeruje indywidualny akt kłamstwa albo czyn kryminalny. Tymczasem w pracy służb chodzi o operacyjne kształtowanie percepcji przeciwnika

Służba nie musi przekonać przeciwnika do dowolnej fikcji. Musi stworzyć taki układ sygnałów, który przeciwnik uzna za prawdopodobny, ponieważ pasuje do jego wiedzy, obaw, procedur i wcześniejszych hipotez.

Dlatego dezinformacja jest tylko jednym z narzędzi, oznacza tylko fałszywy albo zmanipulowany przekaz. Natomiast decepcja jest szersza. 

Może obejmować fałszywe dokumenty, pozorne organizacje, kontrolowane źródła, podstawione konta, fałszywe media, sztuczne wzmacnianie narracji, cybernetyczne środowiska-przynęty, drony-wabiki i całe ekosystemy potwierdzeń.

Sukces własnego rozpoznania

Intoksykacja oznacza jeszcze coś innego. Polega na „zatruciu” procesu poznawczego przeciwnika. 

Nie chodzi tylko o to, aby podał błędny fakt, lecz aby błędnie dobrał hipotezę, źle ocenił wiarygodność źródła, nadał zbyt duże znaczenie spreparowanemu sygnałowi i potraktował fałszywy trop jako własne odkrycie. Najskuteczniejsza intoksykacja nie wygląda jak propaganda. Wygląda jak sukces własnego rozpoznania.

Właśnie tu zaczyna się najważniejszy problem dla analizy wywiadowczej. Przeciwnik nie musi przejąć całego systemu analitycznego. Wystarczy, że zatruje jego wejścia: źródła, kanały, dane jawne, konta, media, obrazy, nagrania, dokumenty, raporty eksperckie albo sygnatury techniczne. 

Jeżeli analityk uzna spreparowany element za wiarygodny, cała linia analityczna może pójść w złym kierunku.

Henry W. Prunckun w artykule „Engineering Plausibility in Deception Operations” opisuje zwodzenie jako projektowanie prawdopodobieństwa i odporności narracji na weryfikację.

Równocześnie przedstawia pojęcie Narrative Engineering for Deception (tłum. inżynierię narracji na potrzeby zwodzenia) jako proces tworzenia narracji, persony, tempa, tekstury, spójności i strategii wyjścia w taki sposób, aby fałszywy obraz sytuacji opóźniał własne zdemaskowanie. 

To bardzo trafna definicja współczesnego działania służb: nie wystarczy już wymyślić nieprawdy, trzeba jeszcze nadać jej wiarygodną sygnaturę.

Reklama

Doppelganger: fałszywa wiarygodność legalnych mediów

Najlepszym aktualnym przykładem tej logiki jest rosyjska operacja wpływu znana jako „Doppelganger”. 

Departament Sprawiedliwości USA wskazał, że operacja obejmowała wykorzystanie 32 domen internetowych używanych w rosyjskich kampaniach wpływu. Kluczowe było to, że podszywały się one pod legalne media i znane instytucje.

To nie była zwykła akcja propagandowa. Sens „Doppelgangera” polegał na podrabianiu wiarygodności zachodniego obiegu medialnego. Odbiorca miał nie tylko przeczytać prorosyjską albo antyukraińską narrację, ale również odnieść wrażenie, że pochodzi ona z normalnego, wiarygodnego, zachodniego źródła. Rosyjska operacja nie sprzedawała więc samej treści. Sprzedawała pozór źródła.

Z kolei Ośrodek Studiów Wschodnich w swojej analizie przedstawia „Doppelgangera” jako element szerszego wzorca rosyjskich operacji informacyjnych wymierzonych w Zachód.

W omawianym przypadku kluczowe było nie tylko to, co mówiono, lecz także w jaki sposób budowano pozór autentyczności. 

Fałszywa strona miała wyglądać jak prawdziwe medium. Fałszywa narracja miała wyglądać jak zwykły tekst informacyjny. Fałszywa dystrybucja miała wyglądać jak organiczne krążenie treści. 

To jest właśnie współczesna inżynieria wiarygodności: nie wystarczy zmyślić przekazu, trzeba jeszcze podrobić jego społeczne, medialne i techniczne otoczenie.

Foreign, Commonwealth & Development Office wskazywało, że powiązana z Kremlem Social Design Agencypróbowała podsycać antyukraińskie protesty w Europie. 

To pokazuje, że nowoczesna operacja wpływu nie musi ograniczać się do internetu. Może łączyć fałszywe media, działania w sieciach społecznościowych, wykorzystywanie realnych napięć społecznych i próby przenoszenia narracji do przestrzeni ulicznej oraz politycznej.

Sztuczna inteligencja zmienia reguły gry

Nowym elementem jest sztuczna inteligencja

OpenAI w raporcie „PRC-linked influence operations are targeting AI debates in the US” zwraca uwagę na klastry kont używających modeli AI do wspierania ukrytych operacji wpływu wokół amerykańskich debat technologicznych. 

Firma opisała m.in. kampanię określoną jako „Data Center Bandwagon”, która miała generować komentarze i obrazy dotyczące kosztów energii, centrów danych i społecznych skutków rozbudowy infrastruktury AI.

To przykład bardzo nowoczesnej intoksykacji. Operacja nie musiała wymyślać całkowicie sztucznego problemu. Wykorzystywała realne obawy społeczne: ceny energii, koszty infrastruktury, wpływ centrów danych na lokalne społeczności, nieufność wobec wielkich firm technologicznych i lęk przed gwałtownym rozwojem AI. Sztuczna inteligencja miała pomóc w produkowaniu treści, komentarzy, grafik i przekazów dostosowanych do istniejących debat.

OpenAI w tym samym raporcie zaznaczyło, że opisane operacje nie osiągnęły znaczącego przebicia poza własną aktywnością. To jednak nie osłabia znaczenia sprawy. Przeciwnie: pokazuje, że obce operacje wpływu testują dziś nie tyle jeden wielki przekaz, ile całe pakiety narracyjne. Sprawdzają, które emocje działają, które argumenty są nośne, które tematy można wykorzystać, gdzie istnieją pęknięcia społeczne i jak AI może przyspieszyć produkcję pozornie autentycznej debaty.

W tym sensie AI nie zastępuje klasycznej operacji wpływu. Zmienia jej ekonomikę. Obniża koszt tworzenia treści, przyspiesza tłumaczenia, pozwala generować warianty narracji, produkować obrazy, komentarze i syntetyczne persony, a także testować przekazy na różnych grupach odbiorców. 

Dawniej służba potrzebowała zespołu redaktorów, tłumaczy, grafików i operatorów kont. Dzisiaj część tej pracy można zautomatyzować. 

Problemem staje się nie samo stworzenie fałszywego przekazu, lecz utrzymanie jego wiarygodności w środowisku, które również używa automatycznych narzędzi wykrywania.

Reklama

Deepfake jako narzędzie zakłócania pracy wywiadu

Kolejnym aktualnym problemem są deepfake’i, czyli syntetyczne lub zmanipulowane nagrania głosu, obrazu i wideo. 

Canadian Security Intelligence Service wskazuje, że tego typu materiały mogą być używane przez przeciwników jako narzędzie zakłócania pracy wywiadu. 

Mogą zalewać środowisko informacyjne fałszywymi sygnałami, tworzyć szum, odciągać uwagę, kompromitować osoby, podszywać się pod źródła albo uderzać w konkretne kanały zbierania informacji.

To bardzo ważne, bo deepfake nie jest już wyłącznie problemem propagandy. Stał się problemem wywiadowczym. 

Służby muszą oceniać, czy nagranie jest autentyczne, czy głos należy do rzeczywistej osoby, czy obraz pokazuje prawdziwe zdarzenie, czy rozmówca w komunikatorze jest tym, za kogo się podaje, czy materiał został wygenerowany, zmanipulowany albo wyrwany z kontekstu. 

W ten sposób zmienia się logikę intoksykacji. Dawniej sfałszowany dokument wymagał odpowiednich papierów, podpisów, pieczęci, stylu kancelaryjnego i kanału doręczenia. Dzisiaj fałszywy obraz, głos albo film może zostać wyprodukowany szybciej i szerzej rozpowszechniony. 

Nie musi nawet przekonać wszystkich. Wystarczy, że na pewien czas zawiesi pewność, wymusi reakcję, zakłóci cykl decyzyjny, uruchomi kryzys albo zmusi służby do zużycia zasobów na weryfikację.

W tym sensie syntetyczne media są narzędziem produkowania niepewności. Czasem celem nie jest przekonanie odbiorcy, że fałsz jest prawdą. Widzimy chęć doprowadzenia do sytuacji, w której odbiorca przestaje być pewien, co jest prawdą. 

Dla analizy wywiadowczej to poważne zagrożenie, ponieważ wywiad działa w warunkach niepełnych danych, presji czasu i konieczności stopniowania prawdopodobieństwa.

Zatrucie źródeł otwartych

Szczególnie groźne jest zatrucie źródeł otwartych. Współczesne państwa, media, think tanki i służby korzystają z ogromnej ilości danych jawnych. OSINT stał się jednym z podstawowych narzędzi rozpoznania. To jednak oznacza, że przeciwnik może próbować zanieczyszczać środowisko, z którego korzystają analitycy.

Jeżeli fałszywe albo zmanipulowane treści zostaną opublikowane na wielu stronach, powielone przez konta w mediach społecznościowych, przetłumaczone, zacytowane, zarchiwizowane i następnie zaindeksowane przez wyszukiwarki, zaczynają wyglądać jak część normalnego obiegu informacji. 

Im więcej kopii, tym większe złudzenie potwierdzenia. Analityk może mieć wrażenie, że znajduje wiele źródeł, choć w rzeczywistości widzi powielony produkt jednej operacji. 

Tu właśnie dlatego „Doppelganger” ma znaczenie większe niż pojedyncza rosyjska kampania. 

Jak pokazuje analiza Ośrodka Studiów Wschodnich, operacja ta była zorganizowanym sposobem podszywania się pod zachodni ekosystem informacyjny. Nie chodziło wyłącznie o wprowadzenie jednej tezy do obiegu, ale podrobienie środowiska, w którym teza wygląda na naturalną.

To zjawisko jest szczególnie istotne w epoce sztucznej inteligencji. Modele językowe, wyszukiwarki i systemy podsumowujące mogą korzystać z treści dostępnych w sieci. Jeżeli środowisko informacyjne zostanie zanieczyszczone masowo produkowaną narracją, powstaje ryzyko, że część tego zanieczyszczenia będzie później wracała jako „neutralna” odpowiedź, streszczenie albo rekomendacja. 

Wtedy operacja wpływu zaczyna działać nie tylko na ludzi, ale także na warstwę narzędzi, z których ludzie korzystają. W efekcie mamy do czynienia z nową formą intoksykacji, gdzie następuje nie tylko „zatrucie” analityka, lecz infrastruktury poznawczej.

Reklama

Fałszywa oddolność jako narzędzie służb

Współczesna operacja wpływu nie musi wyglądać jak komunikat służb. Przeciwnie: im mniej wygląda na operację, tym lepiej. 

Może przybrać formę portalu informacyjnego, komentarza eksperckiego, lokalnej inicjatywy, kanału w mediach społecznościowych, rzekomego przecieku, petycji, konta obywatelskiego albo debaty o realnym problemie społecznym.

Na tym polega nowoczesna intoksykacja opinii publicznej i środowisk decyzyjnych. Przeciwnik nie narzuca jednej tezy. Tworzy warunki, w których inni zaczynają tę tezę powtarzać z własnych powodów. 

Dziennikarz może ją podjąć, bo wygląda na ciekawą. Polityk może ją wykorzystać, bo pasuje do jego linii. Ekspert może ją rozwinąć, bo otrzymał dokument wyglądający na autentyczny. Użytkownicy sieci mogą ją wzmocnić, bo potwierdza ich lęki albo uprzedzenia.

Właśnie dlatego Foreign, Commonwealth & Development Office akcentowało nie tylko działalność rosyjskich podmiotów informacyjnych, ale również ich próby podsycania antyukraińskich protestów w Europie. 

To pokazuje, że celem operacji wpływu jest często przejście od przekazu do zachowania: od narracji w internecie do presji politycznej, od fałszywego portalu do realnego sporu społecznego.

To zasadnicza różnica między propagandą a operacją wpływu. Propaganda mówi odbiorcy, co ma myśleć. Operacja wpływu stara się doprowadzić do sytuacji, w której odbiorca sam dochodzi do wniosku korzystnego dla inicjatora operacji. Najskuteczniejszy przekaz nie wygląda wtedy jak rozkaz, lecz jak spontaniczne odkrycie.

Dron-wabik jako fizyczna wersja fałszywego źródła

Podobną logikę widać na współczesnym polu walki. 

Agencja Reutera zwraca uwagę na wykorzystanie przez Rosję tanich dronów z pianki i sklejki. Miały one lokalizować ukraińską obronę powietrzną, filmować skutki uderzeń albo działać jako cele pozorne.

To bardzo dobry przykład materialnej intoksykacji. Dron-wabik nie musi zniszczyć celu. Ma zmusić obrońcę do reakcji. 

Jeżeli obrona przeciwlotnicza odpowie, ujawnia swoje pozycje. Jeżeli nie odpowie, ryzykuje, że pozorny cel okaże się prawdziwym zagrożeniem. W obu wariantach przeciwnik zostaje wciągnięty w grę niepewności.

Associated Press opisało jeszcze bardziej złożony mechanizm mieszania dronów bojowych i pozornych. Obrońca musi podejmować decyzję pod presją czasu, nie mając pełnej wiedzy, który obiekt jest realnym zagrożeniem, a który tylko przynętą.

W świecie wojskowym fałszywa sygnatura może zmusić przeciwnika do zużycia rakiet, ujawnienia radarów albo rozproszenia uwagi. 

W świecie wywiadowczym fałszywy sygnał może zmusić analityka do błędnej oceny, uruchomienia niepotrzebnego alarmu albo pominięcia rzeczywistego zagrożenia. 

W obu przypadkach logika jest ta sama: przeciwnik ma podjąć decyzję, zanim zdąży przeprowadzić pełny audyt sytuacji.

Reklama

Cyberdecepcja: cyfrowy odpowiednik kontrolowanego kanału

UK National Cyber Security Centre (NCSC) opisuje cyberdecepcję przez konkretne narzędzia: tripwires (tłum. czujniki/przynęty wykrywające obecność intruza), honeypots (tłum. systemy-przynęty pozwalające obserwować techniki, taktyki i procedury napastnika) oraz breadcrumbs (tłum. cyfrowe okruchy prowadzące napastnika do kontrolowanego środowiska). 

W takim modelu obrońca nie ogranicza się do blokowania ataku. Tworzy przestrzeń, w której intruz może wejść w interakcję z fałszywymi zasobami, kontami, dokumentami albo usługami, a jego zachowanie staje się źródłem rozpoznania.

Podobnie National Institute of Standards and Technology wskazuje, że honeypots, honeynets i deception nets mają przyciągać przeciwników oraz odciągać ich od rzeczywistych systemów operacyjnych. 

NIST zastrzega zarazem, że takie środowiska muszą być odpowiednio izolowane, aby pułapka nie stała się kanałem infekcji realnej infrastruktury.

ENISA wskazuje, że honeypoty należy postrzegać jako narzędzia wczesnego ostrzegania i pozyskiwania informacji o zagrożeniach bez wpływu na systemy produkcyjne. 

To właśnie odróżnia cyberdecepcję od zwykłej zapory albo systemu blokowania. Celem nie jest tylko zatrzymanie intruza na granicy sieci, ale także obserwowanie, jak się porusza, czego szuka, jakich narzędzi używa i jakie ma cele.

NCSC podkreśla, że cyberdecepcja może pomagać wykrywać ukryte kompromitacje wewnątrz sieci, rozpoznawać nowe ataki w czasie ich trwania i wpływać na zachowanie napastników. To ważne przesunięcie: obrońca nie jest już wyłącznie biernym strażnikiem systemu. Staje się projektantem środowiska, które ma zmusić przeciwnika do ujawnienia intencji, narzędzi i sposobu działania.

Reklama

W tym sensie cyberdecepcja jest cyfrowym odpowiednikiem klasycznego kontrwywiadowczego kanału kontrolowanego.

Dawniej podwójny agent pozwalał sprawdzić, czego oczekuje obca centrala i jakie pytania zadaje przeciwnik. Dzisiaj środowisko-przynęta pozwala obserwować, jak intruz eskaluje uprawnienia, jakie katalogi przegląda, które pliki otwiera, jak testuje dostęp i kiedy uznaje, że znalazł wartościowy cel. 

Różnica dotyczy medium, nie logiki. W obu przypadkach przeciwnik ma działać w fałszywym świecie, który uważa za prawdziwy.

Warunek pozostaje jednak identyczny jak w klasycznej pracy operacyjnej: fałszywe środowisko musi wyglądać wiarygodnie. 

Palvi Aggarwal, Yinuo Du, Kuldeep Singh i Cleotilde Gonzalez, w pracy „Decoys in Cybersecurity: An Exploratory Study to Test the Effectiveness of 2-sided Deception”, pokazują, że skuteczność honeypotów zależy od tego, czy napastnik uzna je za realne maszyny. 

Jeżeli pułapka jest zbyt pusta, zbyt idealna, zbyt sztuczna albo zbyt wyraźnie odseparowana od normalnego środowiska, doświadczony intruz może ją rozpoznać.

Dlatego cyberdecepcja również jest inżynierią wiarygodności. Nie wystarczy stworzyć przynęty. Trzeba nadać jej odpowiednią teksturę: realistyczne usługi, wiarygodne pliki, sensowne konta, logiczne uprawnienia, ślady aktywności i takie rozmieszczenie w sieci, które nie wygląda teatralnie. 

Jak pokazują Li Zhang i Vrizlynn L. L. Thing w artykule „Three Decades of Deception Techniques in Active Cyber Defense — Retrospect and Outlook”, nowoczesna cyberdecepcja obejmuje nie tylko honeypoty, ale także honeytokens i moving target defense (tłum. ruchomą obronę celu), a więc cały zestaw technik mających zwiększać niepewność przeciwnika, opóźniać jego działania i dostarczać obrońcy informacji o jego metodach.

Cyfrowa legenda musi przejść audyt maszynowy

Największa różnica między dawnym a współczesnym zwodzeniem polega na tym, że dzisiaj fałszywa legenda jest sprawdzana nie tylko przez człowieka. Sprawdza ją również maszyna.

Rejestry, logi, monitoring, historia kont, wzorce płatności, metadane, adresy IP, analiza sieciowa, rozpoznawanie twarzy, analiza głosu, modele wykrywania anomalii i narzędzia sztucznej inteligencji tworzą nowy system kontroli.

RAND Corporation zwraca uwagę na rywalizację między hiding and finding (tłum. ukrywaniemi wykrywaniem). Według ekspertów, sztuczna inteligencja może wzmacniać zdolność wykrywania przez szybkie łączenie i analizowanie danych z wielu sensorów, ale równocześnie może sprzyjać bardziej zaawansowanym kampaniom zwodzenia.

To samo dotyczy pracy służb. Dawniej wystarczyło mieć dobrą historię, dokumenty i umiejętność zachowania się w rozmowie. 

Dzisiaj persona musi mieć cyfrową przeszłość. Musi mieć ślady, ale nie za dużo. Musi wyglądać naturalnie, ale nie teatralnie. Musi być spójna, ale nie przesadnie doskonała. Zbyt świeże konto, zbyt regularna aktywność, zbyt podobne komentarze, zbyt jednorodne grafiki, identyczne wzorce językowe albo powtarzalne godziny publikacji mogą zdradzić operację. 

Analogiczna logika działa w przypadku operacji wpływu. Fałszywa sieć kont może zostać wykryta nie dlatego, że każde konto osobno wygląda podejrzanie, lecz dlatego, że cała sieć porusza się zbyt synchronicznie.

W epoce cyfrowej kontrwywiad nie szuka już tylko człowieka z teczką. Szuka nienaturalności w systemie.

Reklama

Nowoczesna intoksykacja wykorzystuje prawdę

Najgroźniejsze operacje wpływu nie są całkowicie fikcyjne. Właśnie dlatego są skuteczne. Wykorzystują realne emocje, realne krzywdy, realne błędy państwa, prawdziwe koszty społeczne, rzeczywiste konflikty polityczne i autentyczne lęki. Dopiero na tej podstawie budują fałszywy wniosek.

OpenAI wyraźnie odsłania logikę tego mechanizmu. Operacja dotycząca centrów danych nie musiała wymyślać lęku przed wzrostem cen energii. Ten lęk może istnieć realnie. Operacja antyukraińska nie musi wymyślać zmęczenia wojną. Może je wzmacniać. Operacja wymierzona w instytucje państwa nie musi stworzyć od zera nieufności społecznej. Może wykorzystać już istniejącą. 

Tak działa współczesna inżynieria wiarygodności: prawda staje się materiałem budowlanym dla fałszywej interpretacji. Dlatego prosty fact-checking nie wystarcza. 

Jeżeli narracja składa się z prawdziwych elementów, półprawd i fałszywego wniosku, samo wskazanie jednego błędu może nie zniszczyć całej konstrukcji. Odbiorca nadal może powiedzieć: „ale przecież coś w tym jest”.

Z tej racji kontrdecepcja musi więc pokazać nie tylko, że dana teza jest fałszywa, lecz także jak została zbudowana, kto ją uruchomił, jakie kanały ją wzmocniły, jakie emocje wykorzystała i komu służy.

Wojna o tempo decyzji

Współczesne zwodzenie działa również przez tempo. Przeciwnik ma zostać zmuszony do reakcji szybciej niż jest w stanie zweryfikować sytuację. To widać zarówno w cyberprzestrzeni, jak i na polu walki oraz w debacie publicznej. 

Dron-wabik wymusza reakcję obrony powietrznej. Deepfake może wymusić reakcję polityczną, zanim zostanie zweryfikowany. Fałszywy przeciek może wymusić kryzys medialny. Podrobiona strona internetowa może wprowadzić narrację do obiegu, zanim zostanie zdemaskowana. Sieć kont może wypchnąć temat do trendów, zanim platforma rozpozna koordynację. 

Wszystko to działa przeciwko analizie. Wywiad i kontrwywiad potrzebują czasu na sprawdzenie źródeł, porównanie danych, ocenę wiarygodności i sformułowanie wniosków. Operacja wpływu próbuje ten czas skrócić. Wymusza decyzję, reakcję albo emocję przed zakończeniem weryfikacji.

Reklama

Kontrdecepcja jako audyt wiarygodności

W takiej rzeczywistości reakcja na operacje wpływu nie może ograniczać się do klasycznego kontrwywiadowczego poszukiwania agentów. Musi obejmować audyt wiarygodności: sprawdzanie nie tylko ludzi, lecz także narracji, kanałów, domen, kont, źródeł, obrazów, nagrań wideo, sieci dystrybucji, wzorców publikacji, synchronizacji przekazów i cyfrowych śladów.

W przypadku „Doppelgangera” odpowiedź Zachodu była właśnie próbą zniszczenia architektury wiarygodności. 

Departament Sprawiedliwości USA nie ograniczył się do stwierdzenia, że w obiegu pojawia się prorosyjska narracja. Ujawnił domeny, mechanizm podszywania się pod media i związek operacji z rosyjską kampanią wpływu.

Podobnie Departament Skarbu uderzył nie tylko w narrację, ale w wykonawców i infrastrukturę operacji. Z kolei Ośrodek Studiów Wschodnich we wzorzec organizacyjny, który pozwala rozpoznać podobne działania w innych państwach.

To jest najważniejsza zasada kontrdecepcji: trzeba uderzyć nie tylko w treść, ale w mechanizm jej uwiarygodnienia. 

Jeżeli przeciwnik podrobił medium, trzeba pokazać podróbkę. Jeżeli stworzył fałszywą sieć kont, trzeba pokazać koordynację. Jeżeli wykorzystał realny problem społeczny, trzeba oddzielić autentyczny problem od operacyjnej manipulacji. Jeżeli użył AI, trzeba szukać wzorców automatyzacji, powtarzalności i seryjnej produkcji.

Służby jako twórcy i niszczyciele pozornej rzeczywistości

Współczesne służby specjalne działają więc w dwóch rolach. Mogą tworzyć rzeczywistość pozorną: legendy, przykrywki, fałszywe kanały, kontrolowane przecieki, operacje wpływu, środowiska-przynęty i sygnały, które przeciwnik ma uznać za prawdziwe. 

Muszą też niszczyć cudzą rzeczywistość pozorną: wykrywać fałszywe media, deepfake’i, operacje botowe, podstawione źródła, fałszywe dokumenty, syntetyczne persony i cyfrowe przynęty.

Ta walka nie toczy się już wyłącznie w tajnych archiwach, ale wyszukiwarkach, serwisach społecznościowych, komunikatorach, mediach, centrach danych, modelach AI, systemach obrony powietrznej, logach cyberbezpieczeństwa i publicznej debacie. Jej przedmiotem jest nie tylko informacja, lecz obraz rzeczywistości.

Jak wskazuje RAND Corporation, sztuczna inteligencja zmienia rywalizację między ukrywaniem a wykrywaniem. Canadian Security Intelligence Service ostrzega natomiast, że syntetyczne media mogą zakłócać samo zbieranie i ocenę informacji. 

Te dwa źródła pokazują wspólny kierunek: współczesny kontrwywiad musi badać nie tylko treść komunikatu, ale całą architekturę wiarygodności.

Reklama

Kto kontroluje wiarygodność, ten kontroluje decyzje

Najważniejsza zasada pozostaje prosta: kto kontroluje wiarygodność, ten kontroluje decyzje przeciwnika

Służby specjalne nie muszą zawsze ukrywać prawdy. Często skuteczniejsze jest stworzenie fałszywego obrazu, który przeciwnik sam uzna za prawdziwy. 

Nie muszą przekonać wszystkich. Wystarczy, że przekonają właściwych ludzi, właściwe systemy albo właściwe instytucje w odpowiednim momencie.

Z tej racji współczesne zwodzenie nie jest improwizowanym kłamstwem. Jest inżynierią. Musi uwzględniać psychologię odbiorcy, logikę mediów, dynamikę platform społecznościowych, cyfrowe ślady, algorytmy wykrywania anomalii, AI, deepfake’i, OSINT, cyberbezpieczeństwo i presję czasu. 

Musi produkować nie tylko treść, ale również źródło, kontekst, potwierdzenia i pozór naturalności.

Właśnie w tym sensie służby specjalne są inżynierami wiarygodności. Budują fałszywe światy, aby przeciwnik w nich działał. Niszczyciele cudzej wiarygodności próbują z kolei pokazać, gdzie ten świat został wyprodukowany. 

W epoce AI, deepfake’ów, fałszywych mediów, dronów-wabików i cyberdecepcji wojna o obraz rzeczywistości staje się jednym z najważniejszych wymiarów pracy wywiadu i kontrwywiadu.

CyberDefence24.pl - Digital EU Ambassador

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].

Reklama