Social media

Elon Musk + Twitter = wiele pytań o przyszłość platformy. „Samozwańczy libertarianin bez ideologii”

Fot. Břetislava Kovaříka/ Wikimedia Commons/ CC BY SA 4.0

Wiadomość o przejęciu Twittera przez Elona Muska - kontrowersyjnego miliardera ze smykałką do innowacyjnych biznesów - zelektryzowała media. Sam o sobie powiedział: „absolutysta wolnego słowa”. A co przejęcie przez niego „platformy do ćwierkania” może oznaczać dla jej użytkowników? „Samozwańczy libertarianin bez ideologii” – uważa prof. Jan Kreft.

Choć jeszcze kilka dni wcześniej dopięcie transakcji przejęcia platformy społecznościowej, jaką jest Twitter przez dyrektora generalnego Tesli wydawało się niemożliwe, ostatecznie technologiczny geek dopiął swego i przejmie Twittera za 44 mld dolarów.

I choć w mediach rozpisywano się, że - aby zniechęcić Muska do przejęcia Twittera władze platformy mogą użyć tzw. „zatrutej pigułki" , czyli mechanizmu finansowego, polegającego na np. zalaniu rynku tyloma nowymi akcjami, iż wykup firmy stanie się dla dyrektora Tesli bardzo drogi i nieopłacalny, to transakcja zakończyła się dla „absolutysty wolności słowa” – jak sam się ochrzcił – szczęśliwie.

Najgorętsze przejęcie firmy w tym roku niesie ze sobą wiele pytań - na razie bez odpowiedzi: od spraw wewnętrznych, jak na przykład wstępne deklaracje pracowników, że opuszczą oni firmę; po zewnętrzne, w postaci tweetów Muska i reakcji na jego wpisy przez rynek.

„Na razie wiele wokół tej transakcji niepewności. Sam Musk jest samozwańczym libertarianinem bez ideologii. Twierdzi, że chce więcej >>wolności słowa<< i mniej moderacji na Twitterze. Ale co to oznacza w praktyce? Więcej wolności słowa, czy więcej zastraszania? Więcej hejtu, którego na przykład na polskim Twitterze jest bez liku? A może więcej dezinformacji? – to często zadawane pytania” – wskazuje prof. Jan Kreft, autor m.in. książki „Władza platform. Za fasadą Google, Facebooka i Spotify” dla CyberDefence24.pl.

Przypomina, że - jeśli wspomnieć kilka zdarzeń z historii - można być rzeczywiście zaniepokojonym.

„Musk w tym roku próbował zlikwidować konto na Twitterze, które śledziło jego prywatny odrzutowiec, powołując się na względy osobiste i bezpieczeństwa. I wpadł w kłopoty z regulatorami z powodu swoich tweetów. W poniedziałek napisał na Twitterze, że ma nadzieję, że jego najgorsi krytycy pozostaną na Twitterze, ponieważ >>to właśnie oznacza wolność słowa<<. Dodał w swoim oświadczeniu, że ma nadzieję zwiększyć zaufanie, czyniąc technologię Twittera bardziej przejrzystą, pokonując boty, które spamują ludzi na platformie i >>uwierzytelniając wszystkich ludzi<<. Tyle zapowiedzi” – zaznacza nasz rozmówca.

Diabeł tkwi w szczegółach

Transakcja wywołała lawinę emocji, ale i tweetów samego Muska. Jednak analitycy wskazują, że na kupnie serwisu społecznościowego może on wcale nie zyskać, a wręcz przeciwnie – stracić. Jak na razie określają ten zakup jako „nabycie internetowej zabawki”, a niektórzy samego miliardera wprost określają „przesadnym klaunem”, który może przepłacić za tę decyzję innymi swoimi biznesami.

Jak podaje amerykański Business Insider, umowa między Muskiem i Twitterem obejmuje koszty jej możliwego rozwiązania, jeśli nie zdoła on zapewnić sfinansowania transakcji lub zmieni zdanie. Do tej pory zgromadził około 13 mld dolarów na finansowanie dłużne, 21 mld własnego kapitału oraz 12,5 mld dolarów na pożyczkę pod zastaw, która częściowo ma być zabezpieczona akcjami Tesli. Umowa ma obowiązywać do 24 października br., ale może zostać przedłużona o sześć miesięcy, jeśli któraś ze stron będzie potrzebowała więcej czasu na spełnienie wymogów prawnych, tudzież regulacyjnych.

Umowa stanowi, że Elon Musk połączy Twittera z inną firmą, której jest właścicielem. Pod fuzję przygotował już grunt: stworzył trzy oddzielne spółki holdingowe: X Holdings I, II i III, które miały powstać stricte w celu bezpośredniego lub pośredniego połączenia z jednym z gigantów mediów społecznościowych.

Jest jeszcze jedna strona medalu. Prof. Jan Kreft w rozmowie z CyberDefence24.pl ocenia, że – wedle zapowiedzi - jeśli Twitter zostanie prywatnym biznesem, będzie to oznaczało mniej obowiązków ujawaniania zysków i sprzedaży reklam. „Reklamodawcy raczej nie będą starali się być obecni na bardziej toksycznym Twitterze. Poza tym Muska czeka codzienna walka o utrzymanie bazy pracowników Twittera” – uważa.

Zaznacza jednak, że kluczowa wydaje się jednak inna kwestia. „Andrew Ross Sorkin, który od lat śledzi burzliwe losy fortun najbogatszych Amerykanów i ich wpływ społeczny, stwierdził właśnie w New York Times, że inwestycja Muska może zniekształcić to, co publiczność widzi na Twitterze. Chodzi o konflikt interesów. Na przykład Twitter nie jest obecny w Chinach. Ale ogromna część wzrostu Tesli zależy od chińskiego rynku. Sorkin pyta co się stanie, gdy chińscy urzędnicy każą mu usunąć z Twittera treści, które uznają za nieodpowiednie? W Stanach Zjednoczonych działalność Muska SpaceX opiera się w dużej mierze na kontraktach z Departamentem Obrony. Jego firma Tesla prowadzi rozmowy z rządem USA na temat krajowej infrastruktury stacji ładowania. Inna jego firma, która kopie tunele, polega na kontraktach rządowych. Gdyby polityk mający wpływ na inwestycje którejkolwiek z firm Muska miał publikować dezinformację, czy Musk by je usunął?” – pyta retorycznie ekspert.

Czego jego zdaniem można się spodziewać na samym Twitterze? Edytowalnych tweetów i starań o likwidację botów spamowych. I ograniczenia moderowania treści. „Słowem Musk dołączy do Marka Zuckerberga, Sundara Pichaia z Google, Shouzi Chew z TikTok i Tima Cooka z Apple, czyli do garstki ludzi, którzy mają ogromny wpływ na przyznawanie lub odmawianie dostępu do wpływowych platform globalnego dyskursu” – słyszymy od prof. Krefta.

Jak podkreśla, dodatkowo dochodzi sprawa nadzrzędna, a mianowicie biznesowo-społeczna.

„Dwa lata temu ekonomiści Emmanuel Saez i Gabriel Zucman opublikowali badania na temat udziału w bogactwie najbogatszych 0,00001 proc. Amerykanów. Zakup Twittera jest najnowszym przykładem tego, jak skrajne nierówności kształtują społeczeństwo i jak niewielka liczba bardzo bogatych ludzi podejmuje decyzje, które mają wpływ na miliony innych. Saez i Zucman oszacowali, że ten mały udział reprezentował tylko 18 gospodarstw domowych. Każde z nich miało średnią wartość netto około 66 miliardów dolarów w 2020 roku. To bogactwo oznacza ogromną władzę małej grupy ludzi, który mogą próbować kształtować politykę poprzez zakup mediów (Bezos), globalną organizację charytatywną (Gatesowie) lub mogą kupić sieć mediów społecznościowych, gdy denerwuje ich jej polityka, tak jak zrobił Elon Musk. Reasumując, Twitter nie jest zwykłą korporacją. Jego zakup jest dobrą wiadomością dla inwestorów. Ale Twitter służy jako coś w rodzaju dobra użyteczności publicznej, unikalnego globalnego środka komunikacji. Czy zatem powinien być zarządzany jak konwencjonalna spółka publiczna, z zarządem skupionym przede wszystkim na zebraniu jak największej sumy pieniędzy dla akcjonariuszy, bez uwzględniania interesów innych interesariuszy?” – słyszymy pytanie retoryczne.

Choć nie jest o tym szczególnie głośno, porozumienie wymaga, aby Musk odpowiednio „zachowywał się” na platformie. Jego wpisy, których od czasu transakcji - jak na niego popełnił wyjątkowo dużo – nie mogą „dyskredytować firmy, ani żadnego z jej przedstawicieli”, ale może publikować tweety na temat samego dealu. Zatem nie dziwi, że Musk kilka swoich wpisów z początku tego miesiąca usunął, mógł bowiem przeczuwać, że będą stanowiły problem.

Jak wobec tego ma się to do „absolutysty wolności słowa”?

Prof. Jan Kreft zauważa, że - jak trafnie zaobserwował „New York Times” - w ciągu ostatnich 10 lat mieliśmy do czynienia z powtarzającymi się konfrontacjami między „szlachetnymi zasadami pokolenia założycieli firm zajmujących się mediami społecznościowymi w Dolinie Krzemowej, a bałaganiarską rzeczywistością świata, w którym >>wolność słowa<< oznacza różne rzeczy dla różnych ludzi”.

„Musk skonfrontuje się teraz z przepaścią między wyidealizowanym poglądem na wolność słowa a milionem trudnych decyzji, które należy podjąć, aby każdy mógł mieć coś do powiedzenia. Rzecz w tym, że jest dyletantem w tej materii i nie zajął się jeszcze trudnymi kompromisami, w których oddanie jednej osobie głosu może uciszyć ekspresję innych i w których przestrzeń na ekspresję może być zalana spamem, propagandą autokratów, zastraszaniem dzieci i podżeganiem do przemocy” – zaznacza.

Co więcej, jego zdaniem, Musk będzie musiał uporać się z niezliczonymi drażliwymi problemami, począwszy od prawie niemożliwego zadania moderowania treści, a skończywszy na nadążaniu za innowacjami produktowymi, typu algorytm firmy w modelu open source, który umożliwiłby użytkownikom zobaczenie kodu pokazującego, w jaki sposób określone posty pojawiły się w swoich osiach czasu.

„Na konferencji TED Musk powiedział, że algorytm Twitterea powinien być modelem typu open source, który umożliwiłby użytkownikom zobaczenie kodu i ukazanie, w jaki sposób określone posty pojawiły się w swoich osiach czasu. Powiedział, że metoda open source byłaby lepsza niż >>posiadanie tweetów w tajemniczy sposób promowanych i degradowanych bez wglądu w to, co się dzieje<<. Wyraził też zaniepokojenie znaczeniem platformy. Na liście 10 najczęściej obserwowanych kont na Twitterze jest konto byłego prezydenta Baracka Obamy oraz gwiazd pop Justina Biebera i Katy Perry. Tylko, że jak Musk napisał : >>Większość z tych "najlepszych" kont tweetuje rzadko i publikuje bardzo mało zawartość. Czy Twitter umiera?<<” – przypomina.

Wiele pytań, tymczasowe odpowiedzi

Jednym z pierwszych pytań, jakie zadawano w mediach mainstreamowych oraz społecznościowych po ogłoszeniu nowego właściciela serwisu było to, czy w takim razie „Donald Trump wróci na Twittera” po jego uprzednim zbanowaniu przez właścicieli platformy?

Przypomnijmy, że „portal do ćwierkania” zawiesił konto byłego prezydenta Stanów Zjednocznych po tym, jak w styczniu 2021 roku doszło do ataku jego zwolenników na Kapitol, a 6 stycznia 2021 roku zostało uznane za datę, która stanowiła kamień milowy w pojmowaniu wolności słowa – konto Trumpa zostało zbanowane ze względu na „ryzyko dalszego podżegania do przemocy”, choć miało rzeszę obserwujących – blisko 80 milionów.

„Zajęcie się zakazem tweetowania przez byłego prezydenta byłoby zresztą na szczycie listy rzeczy do zrobienia kierownictwa Twittera, ponieważ utrzymanie zakazu dla Trumpa jako kandydata na prezydenta w 2024 r. - lub jako prezydenta - zawsze byłoby problematyczne. A warto przypomnieć, że gdy Twitter >>zrzucił<< Trumpa z platformy w następstwie ataku na Kapitol 6 stycznia 2021 r. za podżeganie do przemocy Musk zakwestionował tę decyzję. Dziś trudno wyobrazić sobie trumpizm w dzisiejszym rozumieniu bez Twittera czy Twittera bez trumpizmu” – uważa prof. Jan Kreft.

Trump zapowiedział już jednak, że nie wróci na Twittera, nawet jeśli ban nałożony przez poprzedniego właściciela zostanie cofnięty. „Będę na Truth Social w ciągu tygodnia. Zgodnie z harmonogramem. Zapisało się do nas wiele osób. Lubię Elona Muska. Bardzo go lubię. To doskonała osoba. Dużo zrobiliśmy dla Twittera, kiedy byłem w Białym Domu. Byłem rozczarowany sposobem, w jaki zostałem potraktowany przez Twittera. Nie wrócę na Twittera” – zadeklarował Donald Trump w rozmowie z CNBC.

Długo nie trzeba było czekać na reakcję Elona, który - notabene na Twitterze – skomentował fakt, że w Apple Store aplikacja Truth Social wyprzedza serwis pod względem liczby pobrań, ponieważ „Twitter cenzurował wolność słowa”.

Amerykańska senator Elisabeth Warren napisała w poniedziałek na Twitterze, że zakup Twittera przez Elona Muska był „niebezpieczny dla naszej demokracji”. „Miliarderzy tacy jak Elon Musk kierują się innymi zasadami niż wszyscy inni, gromadząc władzę dla własnych korzyści. Potrzebujemy podatku i silnych zasad, aby rozliczać Big Techy”.

Niech komentarzem będzie wpis Muska: „Zróbmy z Twittera maksimum zabawy”. O tym, że tę zasadę zaczął wdrażać w życie może świadczyć jego inny tweet: „Następnie kupuję Coca-Colę, żeby z powrotem dodać do niej kokainę”.

Wygląda na to, że rynek przyjmuje tę transakcję z trochę mniejszym dystansem, niż sam nabywca serwisu społecznościowego, szczególnie popularnego wśród polityków i dziennikarzy.

Chcemy być także bliżej Państwa – czytelników. Dlatego, jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected] Przyszłość przynosi zmiany. Wprowadzamy je pod hasłem #CyberIsFuture.

Komentarze

    Czytaj także