- WIADOMOŚCI
- WAŻNE
- OPINIA
Kiedy płaci Moskwa, to ingerencja. Kiedy Bruksela – „społeczeństwo obywatelskie” [OPINIA]
Autor. CyberDefence24/ChatGPT
Gdy setki tysięcy euro płyną na walkę z rządem z Unii Europejskiej lub USA, mówimy o „wzmacnianiu demokracji”. Gdy dokładnie ten sam mechanizm finansowania wykorzystuje Rosja, okrzykujemy to wrogą operacją. Mniej lub bardziej ukryte przelewy z zagranicy łączy jeden cel: wywarcie wpływu na polską politykę i zachowania wyborców. W naszym kraju istnieje luka, którą inni sprawnie wykorzystują.
Obcy wpływ polityczny nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy pojawia się rosyjski agent z walizką pieniędzy. Może mieć znacznie bardziej elegancką formę: grantu dla organizacji pozarządowej, finansowania think tanku, programu „wzmacniania demokracji”, kampanii społecznej albo projektu mającego zwalczać „demokratyczny regres”.
Komisja Europejska finansowała w Polsce organizacje i przedsięwzięcia uczestniczące w sporze z rządem PiS w czasie, gdy sama prowadziła z nim otwartą konfrontację.
USAID od dziesięcioleci wykorzystuje finansowanie społeczeństwa obywatelskiego jako instrument polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, a amerykańscy senatorowie sami ostrzegali, że taki system może przekształcić się w partyjną ingerencję i próbę zmiany układu politycznego obcego państwa.
Rosja stosowała bardziej brutalną i skrytą odmianę tego samego podstawowego mechanizmu: potajemnie płaciła wykonawcom za antyrządowe hasła i działania wpływu.
Problem nie polega więc na tym, czy zagraniczne pieniądze wpływają na polską politykę. Pytanie brzmi: dlaczego za ingerencję uznajemy je przede wszystkim wtedy, gdy płaci przeciwnik?
Bruksela, NGOsy i polityczna presja na rząd PiS
Punktem wyjścia jest program Citizens, Equality, Rights and Values — CERV. MCC Brussels w raporcie „Machina propagandowa UE. Jak Unia finansuje organizacje pozarządowe, aby promowały ją samą” opisuje system, w którym Komisja Europejska przekazuje pieniądze organizacjom pozarządowym, think tankom i innym podmiotom zajmującym się praworządnością, prawami człowieka, integracją europejską, przeciwdziałaniem eurosceptycyzmowi i „demokratycznemu regresowi”.
Według autora raportu, Thomasa Faziego, CERV pozwala Komisji finansować organizacje bezpośrednio, bez udziału rządów państw członkowskich.
W przypadku Polski mechanizm ten miał szczególne znaczenie, ponieważ unijny organ nie był neutralnym grantodawcą, obserwującym z zewnątrz polski spór polityczny, lecz jego uczestnikiem.
Komisja prowadziła wieloletni konflikt z rządem PiS dotyczący sądownictwa, praworządności, Trybunału Konstytucyjnego i zakresu kompetencji instytucji europejskich, jednocześnie blokując Polsce dostęp do ogromnych środków finansowych.
W tym samym czasie finansowała organizacje działające wewnątrz Polski, z których część prowadziła projekty dotyczące „demokratycznego regresu”, eurosceptycyzmu oraz wzmacniania integracji europejskiej.
Według MCC Brussels poprzez program CERV do organizacji i projektów związanych z Polską trafiło około 38 mln euro.
Raport wskazuje na setki przedsięwzięć, w tym projekty mające wzmacniać europejską tożsamość, promować wartości UE, przeciwdziałać eurosceptycyzmowi i „democratic backsliding”.
Nie oznacza to, że każdy beneficjent CERV walczył z ówczesnym rządem ani że każdy unijny grant miał charakter polityczny.
Równie trudno jednak utrzymywać, że pieniądze przekazywane przez instytucję znajdującą się w otwartym konflikcie z polskim rządem były z definicji neutralne. Fundator był stroną konfliktu. Tego faktu nie da się usunąć za pomocą języka o „społeczeństwie obywatelskim”, „wartościach europejskich” czy „odporności demokratycznej”.
Asymetria była oczywista. MCC Brussels przypomina, że podczas konfliktu z poprzednim rządem zamrożone lub objęte sporem pozostawały fundusze sięgające — według autora raportu — blisko 140 mld euro. Jednocześnie bezpośrednie finansowanie organizacji pozarządowych mogło być kontynuowane.
Powstawał więc model politycznie niezwykle wygodny: rządowi można było blokować miliardy, a środowiskom aktywnie występującym przeciwko jego polityce nadal przyznawać miliony.
Można twierdzić, że wszystkie te działania wynikały wyłącznie z troski o praworządność. Nie można jednak udawać, że mechanizm finansowy nie miał skutków politycznych. Miał i przyznawali to sami jego zwolennicy.
Szczególnie istotny jest tekst European Democracy Hub pt. „Społeczeństwo obywatelskie, presja UE i koniec polskiego nieliberalnego eksperymentu”, autorstwa Wojciecha Przybylskiego.
Już konstrukcja tytułu jest wymowna: społeczeństwo obywatelskie, presja UE i koniec określonego modelu rządów w Polsce zostają przedstawione jako elementy tego samego procesu.
Autor opisuje znaczenie mechanizmu warunkowości, presji europejskiej i wewnętrznej mobilizacji społeczeństwa dla zakończenia rządów określanych przez niego jako „nieliberalny eksperyment”.
Jeszcze bardziej jednoznaczny jest artykuł European Democracy Hub pt. „Rola UE w demokratycznym zwrocie Polski”, autorstwa Pawła Marczewskiego.
Autor przedstawiał Unię jako ważnego partnera polskich organizacji społeczeństwa obywatelskiego podczas rządów z lat 2015-2023 i wskazywał, że współdziałanie tych organizacji z instytucjami europejskimi odegrało kluczową rolę w późniejszym „demokratycznym zwrocie”.
W jego ocenie bez współpracy polskich organizacji społeczeństwa obywatelskiego z Unią zmiana polityczna w 2023 roku byłaby znacznie trudniejsza, a być może nawet niemożliwa.
To jeden z najważniejszych elementów całej historii. Nie mówi tego przeciwnik Komisji Europejskiej, lecz zwolennik jej polityki.
Można więc spierać się, czy działanie Brukseli było uzasadnione. Znacznie trudniej zaprzeczać, że zewnętrzna presja instytucjonalna i finansowa oraz współpraca z krajowymi organizacjami miały wpływ na polski układ polityczny.
Jeżeli zagraniczna instytucja finansuje część infrastruktury społecznej uczestniczącej w sporze z rządem, a jednocześnie sama stosuje wobec tego rządu presję finansową, przestaje być wyłącznie arbitrem przestrzegania traktatów. Staje się jednym z uczestników konfliktu.
USAID jako narzędzie polityki zagranicznej
Ten model nie jest europejskim wynalazkiem. Stany Zjednoczone stosują podobne instrumenty od dziesięcioleci.
Congressional Research Service przedstawia finansowanie programów demokratycznych, praw człowieka i społeczeństwa obywatelskiego jako jedno z narzędzi amerykańskiej polityki zagranicznej. To zasadnicza informacja. Finansowanie zagranicznych NGOsów przez USA nie jest apolityczną filantropią, ale elementem polityki zagranicznej.
Może realizować wartościowe cele: pomagać organizacjom prześladowanym przez autorytarne rządy, wspierać niezależne media, przeciwdziałać represjom i korupcji. Nadal jednak pozostaje narzędziem jednego państwa służącym oddziaływaniu na sytuację w drugim.
To, czy taki wpływ jest pożądany, moralny albo zgodny z interesem społeczeństwa danego kraju, stanowi osobne zagadnienie. Sam fakt, że działalność odbywa się pod sztandarem „demokracji”, nie powoduje, że pieniądz traci zdolność kształtowania polityki.
Właśnie dlatego także w Stanach Zjednoczonych pojawiło się pytanie, gdzie kończy się promowanie demokracji, a zaczyna ingerencja.
W 2017 roku senatorowie Ted Cruz, Mike Lee, James Inhofe, Thom Tillis, David Perdue i Bill Cassidy zażądali zbadania sposobu wykorzystywania pieniędzy Departamentu Stanu i USAID w innych państwach.
Biuro senatora Teda Cruza opisywało podejrzenia dotyczące wykorzystywania amerykańskich pieniędzy do kształtowania społeczeństwa obywatelskiego, wymiaru sprawiedliwości i krajobrazu politycznego innych państw na korzyść określonych środowisk ideologicznych.
Senatorowie używali określenia „partyjna ingerencja”. Nie mówili wyłącznie o „partnerstwie demokratycznym” czy „wzmacnianiu odporności”. Wskazywali na ryzyko sytuacji, w której państwowe pieniądze USA zaczynają być wykorzystywane w wewnętrznej walce politycznej obcego państwa.
I właśnie tutaj pojawia się zasada, którą należy stosować również wobec Polski: jeżeli obcy rząd przekazuje pieniądze lokalnym organizacjom po to, aby zmieniały wewnętrzny układ polityczny państwa, wpływa na jego politykę. Można taki wpływ popierać i uważać go za obronę demokracji. Nie należy jednak udawać, że wpływem nie jest.
Problem powrócił podczas przesłuchania w Izbie Reprezentantów USA w 2025 roku.
House Committee on Oversight and Government Reform podczas przesłuchania wysłuchała m.in. byłego urzędnika USAID Maxa Primoraca, który stwierdził, że za administracji Bidena USAID było wykorzystywane przeciwko konserwatywnym środowiskom politycznym w różnych państwach.
Zapytany o Brazylię wskazał, że jego zdaniem podobny problem występował także w Polsce i na Węgrzech.
Jeszcze raz warto podkreślić: to zeznanie byłego urzędnika USAID złożone podczas oficjalnego przesłuchania parlamentarnego. Nie ma powodu go ignorować tylko dlatego, że jest politycznie niewygodne. Tym bardziej że wpisuje się w szerszą debatę prowadzoną w samych Stanach Zjednoczonych: czy publiczne pieniądze przeznaczane za granicę na wspieranie społeczeństwa obywatelskiego mogą zostać wykorzystane do preferowania jednej strony lokalnego konfliktu politycznego.
Korupcja strategiczna tylko wtedy, gdy płaci przeciwnik?
Gdy Rosja albo Chiny wykorzystują pieniądze, inwestycje, media czy lokalnych pośredników do kształtowania decyzji politycznych innych państw, Zachód bez wahania mówi o „korupcji strategicznej” i obcej ingerencji.
Kiedy jednak podobne pytania dotyczą pieniędzy płynących z Brukseli, USAID albo zachodnich fundacji do NGOsów, think tanków i organizacji prowadzących działalność polityczną lub rzeczniczą, język nagle się zmienia. Pojawia się „wspieranie demokracji”, „społeczeństwo obywatelskie” i ostrzeżenie przed jego „stygmatyzowaniem”.
European Democracy Hub pokazuje właśnie ten spór. Kwestionuje sens wyodrębniania „korupcji strategicznej” jako osobnej kategorii i przestrzega przed traktowaniem zagranicznego finansowania NGO jako zagrożenia bezpieczeństwa.
Z tym że pieniądz nie zmienia swojej natury w zależności od flagi fundatora. Jeżeli rosyjskie finansowanie staje się instrumentem wpływu dlatego, że ma wywołać określony efekt polityczny, dokładnie ten sam test należy stosować do pieniędzy z Brukseli, Waszyngtonu czy prywatnej zachodniej fundacji.
Nie oznacza to, że każdy grant jest korupcją ani że każde NGO jest agentem obcego państwa, ale finansowanie organizacji mającej wpływać na decyzje władz, mobilizować przeciwko rządowi, kształtować debatę albo uczestniczyć w procesie prowadzącym do zmiany władzy jest zagranicznym wpływem politycznym, niezależnie od tego, czy jego cel oceniamy pozytywnie, czy negatywnie.
Najważniejsze pytanie brzmi więc nie „kto jest naszym sojusznikiem?”, lecz „kto płaci, komu płaci, za co i jaki efekt polityczny chce osiągnąć?”.
Jeżeli pojęcie „korupcji strategicznej” stosujemy wyłącznie do pieniędzy rosyjskich i chińskich, a badanie analogicznych zależności finansowych po stronie zachodniej uznajemy za „atak na społeczeństwo obywatelskie”, nie mamy już neutralnej kategorii analitycznej, ale polityczną etykietę używaną wobec przeciwników i immunitet przyznawany własnym instrumentom wpływu.
Bruksela wie, że pieniądze są narzędziem wpływu
Największy paradoks polega na tym, że sama Komisja Europejska doskonale rozumie zależność między zagranicznym finansowaniem a wpływem politycznym.
W projekcie dyrektywy „Projekt dyrektywy ustanawiającej zharmonizowane wymogi dotyczące przejrzystości reprezentowania interesów prowadzonego w imieniu państw trzecich” Bruksela proponuje szczególne obowiązki przejrzystości wobec działalności prowadzonej na rzecz państw trzecich, jeżeli jej celem jest wpływanie na politykę, prawo lub decyzje publiczne.
Co więcej, Komisja rozumie pojęcie wpływu bardzo szeroko. Zalicza do niego kampanie komunikacyjne i reklamowe, działania w mediach społecznościowych, influencerów, inicjatywy oddolne, think tanki, raporty, sondaże czy działalność organizacji społeczeństwa obywatelskiego.
Przytacza również wynik konsultacji, według którego 84,5 proc. respondentów uznało lobbying lub public relations opłacane albo kontrolowane przez państwa trzecie za działalność wiążącą się z wysokim ryzykiem ukrytej ingerencji zagranicznej.
Sama Bruksela przyznaje więc, że pieniądze, lokalni pośrednicy i działalność komunikacyjna mogą tworzyć mechanizm politycznego oddziaływania.
I z tej racji nasuwa się pytanie: skoro mechanizm „zagraniczny fundator – lokalna organizacja – kampania – wpływ na opinię publiczną lub decyzje władz” wymaga szczególnej przejrzystości, gdy pieniądze przychodzą spoza Unii, dlaczego podobne pytanie miałoby być niedopuszczalne, gdy finansującym jest sama Komisja Europejska?
Nie oznacza to, że grant CERV jest automatycznie ingerencją. Jednak jeżeli reguła ma być wiarygodna, powinna działać niezależnie od tego, kto płaci. Inaczej powstaje system, w którym cudze pieniądze są potencjalną ingerencją, a własne z definicji stają się „wspieraniem demokracji”.
Kiedy płaci Moskwa to „ingerencja"
Najbardziej wymowne jest zestawienie tego z rosyjskimi operacjami wpływu. Kiedy pieniądze pochodzą z Moskwy, znika język o „aktywizacji”, „budowaniu odporności” i „społeczeństwie obywatelskim”. Nagle wszyscy potrafią powiedzieć wprost: obca ingerencja. I słusznie.
Materiały dotyczące rosyjskiej siatki dywersyjnej pokazują bowiem, że rosyjscy zleceniodawcy finansowali rozpowszechnianie antyrządowego przekazu w Polsce.
Do Rzeczy informowało o zlecanie napisów „Jbc PiS” oraz treści wymierzonych w prezydenta Andrzeja Dudę.
Fakty TVN24 podkreślały natomiast, że z akt konkretnej sprawy nie wynika, aby członkowie ujawnionej siatki malowali literalnie symbol „ośmiu gwiazdek”.
Nie ma tu koniecznej sprzeczności. Nie udowodniono, że rosyjskie służby stworzyły symbol „\\\\”. Nie udowodniono również, że nie uczestniczyły w jego późniejszym wzmacnianiu lub wykorzystywaniu. Udokumentowano natomiast coś istotniejszego: rosyjscy zleceniodawcy płacili za rozpowszechnianie bardzo podobnego, radykalnie anty-PiS-owskiego przekazu. Rosja nie musiała wymyślić hasła, wystarczyło uznać istniejący slogan za użyteczny. To kluczowe dla zrozumienia nowoczesnych operacji wpływu.
Rosyjskie służby nie muszą stworzyć protestu, partii, organizacji ani hasła, nie muszą też przekonywać Polaków do popierania Kremla. Mogą zrobić coś znacznie skuteczniejszego: znaleźć istniejący konflikt i zwiększyć jego temperaturę.
Jeżeli społeczeństwo jest już głęboko podzielone, zadaniem przeciwnika nie jest przekonanie jednej połowy do Moskwy. Wystarczy doprowadzić do tego, żeby obie połowy jeszcze bardziej się nienawidziły.
Mechanizm został później jednoznacznie opisany przez ABW. Agencja poinformowała o rekrutowaniu i opłacaniu osób mających uczestniczyć w demonstracjach organizowanych w Polsce. Środki pochodziły z Federacji Rosyjskiej, a działania służyły wpływaniu na określone środowiska, wzmacnianiu napięć i prowadzeniu operacji wpływu.
Schemat jest prosty: zagraniczny fundator przekazuje pieniądze lokalnemu wykonawcy, wykonawca prowadzi działalność polityczną albo propagandową, a rezultatem ma być wpływ na społeczeństwo.
Kiedy pieniądze przychodzą z Rosji, definicja wydaje się wszystkim oczywista. Dlaczego więc podstawowy test miałby nagle przestać działać w przypadku innych zagranicznych fundatorów?
Kto płacił za kampanię przeciw Nawrockiemu?
Problem powrócił z pełną siłą podczas wyborów prezydenckich w 2025 roku.
NASK poinformował o wykryciu politycznych reklam w mediach społecznościowych, które mogły być finansowane z zagranicy. Materiały miały dyskredytować kandydatów, w szczególności Karola Nawrockiego i Sławomira Mentzena, podczas gdy inne treści korzystniej przedstawiały Rafała Trzaskowskiego.
Zwrócił uwagę też na coś jeszcze bardziej niepokojącego: w ciągu zaledwie siedmiu dni konta zaangażowane w kampanię wydały na reklamy polityczne więcej niż jakikolwiek oficjalny komitet wyborczy.
To nie była spontaniczna aktywność kilku internautów, lecz profesjonalnie finansowana operacja komunikacyjna prowadzona w samym środku kampanii wyborczej. Informacje zostały przekazane ABW.
Dalsze ustalenia przyniosła Wirtualna Polska. Według portalu kluczową rolę odgrywały profile „Wiesz Jak Nie Jest” i „Stół Dorosłych”, na których promocję wydano około 420 tys. zł, w tym ponad 230 tys. zł w ciągu jednego tygodnia. Część reklam atakowała Nawrockiego i Mentzena, podczas gdy Trzaskowski był przedstawiany korzystniej.
Można nazywać to kampanią społeczną czy aktywizacją obywatelską, ale po odrzuceniu PR-owego języka pozostaje prosty fakt: setki tysięcy złotych wydawano podczas kampanii wyborczej na przekaz mający pogorszyć pozycję jednych kandydatów i poprawić wizerunek drugiego.
Śledztwo WP doprowadziło również do Akcji Demokracja. Fundacja przyznała, że jedna z jej pracownic pomagała zagranicznemu partnerowi znaleźć osoby występujące w nagraniach, choć zaprzeczyła, aby finansowała kampanię lub zarządzała profilami. Nie ma więc dowodu, że to Akcja Demokracja wyłożyła 420 tys. zł. Jest natomiast potwierdzone, że osoba związana z polskim NGO uczestniczyła w procesie przygotowania osób do materiałów realizowanych dla zagranicznego partnera, które następnie wykorzystano w politycznej kampanii reklamowej.
Ustalenia relacjonowała również Polska Agencja Prasowa. Powiązania środowisk NGO i zagranicznych podmiotów rozwijały także Telewizja Republika oraz Niezależna.pl.
Najważniejszym zagranicznym tropem była wiedeńska spółka Estratos Digital GmbH.
Wirtualna Polska ustaliła, że spółka była zagranicznym partnerem uczestniczącym w przygotowywaniu materiałów. Według WP większość udziałów w Estratos należała do amerykańskich inwestorów związanych ze środowiskiem Partii Demokratycznej, a część kapitału była powiązana z partnerami węgierskimi.
Dziennikarze wskazali również związki większościowego inwestora z Higher Ground Labs, amerykańskim środowiskiem finansującym technologie wykorzystywane przez demokratyczne kampanie polityczne.
Nie dowodzi to, że amerykański kapitał finansował polskie reklamy, ale pokazuje polityczne zaplecze biznesowe zagranicznego podmiotu uczestniczącego w przygotowaniu kampanii.
Najbardziej problematyczna pozostaje kwestia zleceniodawcy. Estratos twierdziło, że kampanię zamówił podmiot polski, ale odmówiło ujawnienia jego nazwy. W rezultacie znamy zagranicznego wykonawcę, znamy skalę wydatków, wiemy, przeciwko komu skierowana była znaczna część przekazu, ale nadal nie wiadomo publicznie, kto faktycznie wyłożył pieniądze.
To jest sedno sprawy. Jeżeli podczas wyborów można wydać około 420 tys. zł na reklamy polityczne poza oficjalnymi komitetami i nie ujawnić opinii publicznej rzeczywistego fundatora, państwo ma problem nie z semantyką, lecz z elementarną przejrzystością procesu wyborczego.
Stanowisko Mety, przytoczone przez Wirtualną Polskę, nie zamknęło sprawy. Firma poinformowała, że administrator kont znajdował się w Polsce i że nie znalazła dowodów zagranicznej ingerencji.
Tyle że miejsce przebywania administratora nie jest źródłem finansowania kampanii. Konto może być obsługiwane w Warszawie, podczas gdy pieniądze, wykonawcy, technologia lub know-how pochodzą z zagranicy.
Najbardziej precyzyjny wniosek pozostaje więc taki: NASK oficjalnie podejrzewał możliwość zagranicznego finansowania, udział zagranicznej firmy został ustalony dziennikarsko, natomiast rzeczywiste źródło około 420 tys. zł nie zostało publicznie i jednoznacznie wyjaśnione.
Polska luka - kampania podmiotów trzecich poza kontrolą
Jeszcze mocniejszego argumentu dostarcza OBWE/ODIHR w raporcie „Rzeczpospolita Polska. Wybory prezydenckie 18 maja i 1 czerwca 2025 r. Raport końcowy ograniczonej misji obserwacji wyborów ODIHR”. Wskazuje, że podczas wyborów prezydenckich podmioty trzecie prowadziły kampanię, ale nie podlegały limitom wydatków ani obowiązkom ujawniania finansowania, co według obserwatorów podważało przejrzystość procesu.
ODIHR odnotowało również, że dwie kampanie internetowe prowadzone na rzecz Rafała Trzaskowskiego zostały skierowane do zbadania w związku z podejrzeniem zagranicznego finansowania.
To ustalenie jest poważniejsze niż medialny spór o pojedyncze reklamy. ODIHR podkreśliło też, że aktywność podmiotów trzecich w kampanii, szczególnie w internecie, osłabiała odpowiedzialność i przejrzystość procesu wyborczego.
W odniesieniu do facebookowych reklam o niejasnym pochodzeniu przed pierwszą turą raport zwracał uwagę na opóźnioną, niespójną i nieprzejrzystą reakcję instytucji państwa.
W praktyce oznaczało to istnienie bocznego wejścia do polskiej kampanii wyborczej.
Oficjalny komitet podlega limitom, sprawozdawczości i kontroli, ale podmiot formalnie stojący poza nim mógł prowadzić kosztowną kampanię dotyczącą kandydatów bez porównywalnych obowiązków ujawniania źródeł pieniędzy. W epoce Facebooka, profesjonalnych agencji marketingowych, NGO i zagranicznych wykonawców taki system tworzy możliwość obchodzenia reguł mających chronić wybory.
Z tej racji OBWE/ODIHR zaleciło Polsce uregulowanie kampanii prowadzonych przez podmioty trzecie, w tym ustanowienie obowiązków rejestracyjnych oraz zasad finansowania i ujawniania informacji o kampanii. Nie jest to więc postulat jednej partii ani „polowanie na NGO”. To luka wskazana przez międzynarodową misję obserwującą wybory.
Jeżeli Polska chce rzeczywiście chronić wybory przed obcymi wpływami, nie wystarczy kontrolować rachunków oficjalnych komitetów. Trzeba kontrolować pieniądz, który próbuje ominąć komitet.
Zagraniczna fundacja, polskie NGO, agencja reklamowa czy anonimowa grupa w mediach społecznościowych nie powinny móc wydawać setek tysięcy złotych na poprawianie wyniku jednego kandydata lub niszczenie drugiego bez ujawnienia, kto naprawdę płaci rachunek.
Sprawa pod lupą Kongresu Stanów Zjednoczonych
Wątek nie pozostał wyłącznie polskim sporem medialnym. House Foreign Affairs Committee poinformował 27 maja 2025 roku o wystąpieniu przewodniczącego komisji Briana Masta i innych republikańskich kongresmenów do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen.
Amerykańscy parlamentarzyści pytali wprost o źródło około 420 tys. zł przeznaczonych na reklamy polityczne, o beneficjentów finansowania oraz o możliwość udziału podmiotów zagranicznych w operacji prowadzonej podczas polskich wyborów.
Samo zainteresowanie kongresmenów nie jest oczywiście dowodem zagranicznego finansowania. Pokazuje jednak, że sprawa została uznana za wystarczająco poważną, aby znaleźć się w oficjalnej korespondencji amerykańskiej komisji parlamentarnej zajmującej się polityką zagraniczną.
Nie można więc sprowadzać całej historii do „publikacji Wirtualnej Polski”. Alarm o możliwej zagranicznej ingerencji pochodził z NASK. Szczegółowe ustalenia dotyczące Estratos i przygotowywania materiałów były efektem śledztwa Wirtualnej Polski. Sprawę relacjonowały PAP, Rzeczpospolita, Polsat News, Republika i Niezależna, a pytania o źródło finansowania skierowali również członkowie Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów USA.
Największa niewiadoma pozostaje jednak dokładnie taka sama: kto faktycznie wyłożył pieniądze na jedną z największych niekomitetowych kampanii reklamowych polskich wyborów prezydenckich 2025 roku?
Jeden standard dla wszystkich
Grant CERV, program USAID i operacja rosyjskich służb nie są tym samym instrumentem, ale mogą służyć temu samemu podstawowemu celowi: oddziaływaniu na sytuację polityczną w innym państwie i doprowadzeniu do rezultatu korzystnego dla zagranicznego fundatora.
Różnią się metodami, legalnością i stopniem jawności. Komisja Europejska działa poprzez oficjalne programy grantowe i finansowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego, USAID poprzez instrumenty amerykańskiej polityki zagranicznej, natomiast rosyjskie służby wykorzystują również działania tajne, pośredników, dezinformację, werbunek i operacje przestępcze.
Te różnice mają znaczenie dla oceny prawnej i poziomu zagrożenia, ale nie zmieniają podstawowego mechanizmu: zagraniczny podmiot wykorzystuje pieniądze, organizacje lub ludzi, aby osiągnąć określony efekt polityczny wewnątrz innego państwa.
Dlatego kryterium powinno być jedno: kto płaci, komu płaci, za jakie działania i jaki rezultat polityczny chce osiągnąć.
Jeżeli pieniądze służą zmianie decyzji władz, kształtowaniu zachowania wyborców, mobilizowaniu przeciwko określonemu rządowi, wzmacnianiu jednej strony konfliktu politycznego albo tworzeniu warunków sprzyjających zmianie władzy, mamy do czynienia z zagranicznym wpływem politycznym. Dopiero później należy ustalać, czy wpływ jest legalny czy nielegalny, jawny czy ukryty, przyjazny czy wrogi.
Najbardziej szkodliwy jest podwójny standard. Rosyjskie pieniądze natychmiast stają się „ingerencją”, amerykańskie mogą zostać opisane jako „democracy assistance”, a unijne jako „wzmacnianie społeczeństwa obywatelskiego”.
Tymczasem o charakterze wpływu nie powinna decydować flaga fundatora, lecz cel wydawanych pieniędzy i rezultat polityczny, jaki mają wywołać.
Jeżeli zagraniczne środki finansują szpital, badania naukowe czy pomoc humanitarną, nie mamy problemu ingerencji politycznej. Jeżeli natomiast finansują kampanię przeciwko kandydatowi, lobbying wymierzony w politykę rządu, mobilizację społeczną przeciwko określonemu ugrupowaniu albo działalność mającą ułatwić zmianę władzy, sytuacja jest zasadniczo inna.
Z tego wynika potrzeba ustawy o przejrzystości obcych wpływów politycznych. Jej celem nie powinno być zakazywanie zagranicznych grantów ani tworzenie administracyjnej listy „agentów”, lecz zmuszenie każdego podmiotu uczestniczącego w polskiej polityce do ujawnienia rzeczywistego źródła finansowania.
NGO, fundacja, think tank, firma PR, agencja reklamowa, organizator kampanii społecznej czy podmiot prowadzący działania w mediach społecznościowych powinny ujawniać zagranicznego fundatora zawsze wtedy, gdy otrzymane środki są wykorzystywane do wpływania na decyzje władz, debatę polityczną, kandydatów albo zachowania wyborców.
Taka ustawa powinna obejmować również podmioty trzecie prowadzące kampanię poza oficjalnymi komitetami wyborczymi, bo właśnie tam powstaje największa możliwość obchodzenia prawa.
Nie wystarczy kontrolować rachunków komitetów, jeśli setki tysięcy złotych mogą zostać wydane przez fundację, zagraniczną firmę albo anonimowe profile na poprawianie wyniku jednego kandydata i niszczenie drugiego. W takich przypadkach obywatel powinien mieć prawo wiedzieć nie tylko, kto formalnie zamówił reklamę, ale również kto był ostatecznym źródłem pieniędzy, kto jest rzeczywistym zleceniodawcą i jakie powiązania łączą go z zagranicznym fundatorem.
Ustawa powinna więc opierać się na prostym obowiązku jawności: kto płaci, ile płaci, komu płaci, za co i z jakiego źródła pochodzą pieniądze.
Ukrywanie fundatora poprzez łańcuch spółek, fundacji, agencji marketingowych czy pośredników powinno podlegać sankcjom, szczególnie podczas kampanii wyborczych.
Jednocześnie sama obecność zagranicznego finansowania nie powinna automatycznie prowadzić do zakazu działalności. Problemem nie jest zagraniczny przelew jako taki, lecz ukryty zagraniczny pieniądz wykorzystywany do politycznego oddziaływania.
Polska potrzebuje jednej definicji obcych wpływów i jednego standardu kontroli. Nie takiego, który działa tylko wobec Moskwy. Nie takiego, który automatycznie uniewinnia Brukselę. Nie takiego, który zakłada, że pieniądze amerykańskie z natury rzeczy służą wyłącznie demokracji.
Rosyjskiego pośrednika, amerykańską fundację, unijny program, NGO i zagraniczną agencję reklamową powinno obowiązywać to samo pytanie: czy twoje pieniądze mają wpływać na polskie władze, polskich wyborców albo wynik politycznej rywalizacji? Jeśli tak — Polacy mają prawo wiedzieć, kto płaci rachunek.





Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].
Wybrane okazje dla Ciebie