Reklama
Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WAŻNE

Państwo ma problem z komunikacją. Raport CIA i cena informacyjnego chaosu [KOMENTARZ]

Flagi USA i Polski pomiędzy sylwetką Putina.
Minister mówi o informacjach, premier o raporcie CIA, szef BBN-u ponownie o informacjach, a amerykańska agencja AP o briefingu. I komu mamy wierzyć? 
Autor. CyberDefence24/Canva

Nie trzeba udowadniać, że raport CIA, na który powołał się premier Donald Tusk, nie istnieje, aby stwierdzić, że państwo ma problem z komunikacją w sprawach bezpieczeństwa. Problem powstał wcześniej – w chwili, gdy po wypowiedzi szefa rządu zaczęto publicznie ustalać, czym właściwie był materiał otrzymany od szefa CIA: raportem, briefingiem czy informacjami przekazanymi podczas rozmowy. W warunkach rosyjskiej presji hybrydowej nie jest to spór o słowa. Państwo, które ostrzega obywateli przed realnym zagrożeniem, nie może jednocześnie doprowadzać do sytuacji, w której przedmiotem dyskusji staje się wiarygodność samego ostrzeżenia i sposób, w jaki zostało przedstawione.

Punkt wyjścia jest dobrze udokumentowany. 8 września br. Tomasz Siemoniak, minister koordynator służb specjalnych, spotkał się w siedzibie CIA z jej dyrektorem Johnem Ratcliffe’em

Bezpośrednio po rozmowie poinformował, że przekazał premierowi Donaldowi Tuskowi „najistotniejsze informacje dotyczące bezpieczeństwa Polski”, wynikające z tego spotkania. Nie mówił o przekazaniu raportu ani dokumentu. O sprawie pisał portal 300polityka.

Dwa dni później Donald Tusk użył już innego określenia. Podczas konferencji premierów V4 i Irlandii powiedział:„Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIAdotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach” (cytat za 300polityka.

Nie mówił o briefingu ani o informacjach przekazanych przez Siemoniaka, lecz o raporcie bezpośrednio od szefa CIA.

Niejasność pogłębiła się kilka dni później. 

Reklama

Szef MON nie widział raportu, ale miał informacje. Prezydent też

Władysław Kosiniak-Kamysz, minister obrony narodowej, zapytany w Polsat News, czy widział raport, odpowiedział:„Nie, nie widziałem tego raportu. Zaznaczył jednocześnie, że rozmawiał z Tomaszem Siemoniakiem i że informacje dotyczące zagrożenia są przekazywane na bieżąco. 

Nie można z tego wyciągać wniosku, że raport nie istnieje albo że szef MON-u został pozbawiony informacji. Sam Kosiniak-Kamysz potwierdził, że informacje znał. Istotne jest jednak coś innego: jeden z najważniejszych członków rządu odpowiedzialnych za bezpieczeństwo nie widział raportu, o którym premier publicznie mówił jako o raporcie CIA.

17 września Bartosz Grodecki, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, po spotkaniu z Siemoniakiem powiedział PAP:„Minister Tomasz Siemoniak przekazał mi informacje, które uzyskał od szefa CIA w ubiegłym tygodniu. Informacje te przekazałem już panu prezydentowi”

Dodał, że„forma ich przekazania jest dla nas wtórna” i że informacja zostanie przekazana prezydentowi oraz BBN także pisemnie. 

Ponownie pojawiło się więc określenie „informacje”, a nie „raport CIA”.

I tu właśnie jest problem

Jeszcze ciekawsze jest to, jak tę samą sprawę opisała Associated Press

Agencja, relacjonując ostrzeżenia polskiego premiera dotyczące możliwości nasilenia rosyjskich prowokacjina granicach Ukrainy z państwami europejskimi, napisała, że Tusk powoływał się na „CIA briefing”, czyli briefing CIA. 

AP nie potwierdziła samodzielnie, że polskiemu premierowi przekazano odrębny pisemny dokument CIA.

Powstaje zatem publicznie udokumentowana sekwencja: Siemoniak mówi o informacjach, Tusk o raporcie, Grodecki ponownie o informacjach, a AP o briefingu

Żadne z tych ustaleń nie dowodzi, że raport nie istnieje. Tajny materiał może istnieć i nie pozostawiać publicznego śladu. Nie ma również podstaw, aby twierdzić, że Tusk świadomie podał nieprawdę. Dostępne źródła nie pozwalają tego stwierdzić. Ale to nie usuwa problemu. To właśnie jest problem.

Reklama

Sama wątpliwość jest już skutkiem niespójnej komunikacji

Nie trzeba znać odpowiedzi na pytanie, czy w CIA powstał dokument opatrzony numerem i klauzulą niejawności. Z punktu widzenia komunikacji państwa ważniejsze jest to, dlaczego po wypowiedzi Prezesa Rady Ministrów w ogóle powstała publiczna wątpliwość, czy taki dokument istnieje i czym właściwie był materiał otrzymany od Amerykanów. 

Jeżeli premier mówi o „raporcie bezpośrednio od szefa CIA”, obywatel ma prawo rozumieć to jako konkretny produkt wywiadowczy

Gdy następnie minister obrony mówi, że raportu nie widział, szef BBN mówi o „informacjach”, a amerykańska agencja informacyjna o „briefingu”, odbiorca nie ma obowiązku samodzielnie ustalać, czy wszystkie te określenia oznaczają w rzeczywistości to samo. 

To państwo powinno przed publicznym wystąpieniem ustalić, jak opisuje materiał i co może na jego temat ujawnić.

Nie zmieni tego nawet ewentualne późniejsze potwierdzenie, że raport rzeczywiście istnieje. Jeżeli istnieje, problemem pozostaje sposób, w jaki informacja została publicznie przedstawiona. Jeżeli natomiast „raport” był skrótowym określeniem briefingu lub informacji uzyskanych podczas spotkania Siemoniaka z Ratcliffe’em, również należało to od początku nazwać precyzyjnie. 

Sam fakt, że kilka dni po wypowiedzi premiera trwa publiczny spór o to, czym właściwie był materiał, jest jużskutkiem niespójnej komunikacji.

W sprawach bezpieczeństwa język nie jest dodatkiem do polityki, ale częścią systemu bezpieczeństwa

Reklama

Jeżeli był raport – można mówić o raporcie. Jeżeli był briefing – o briefingu. Jeżeli amerykański partner przekazał niejawną ocenę wywiadowczą – właśnie tak można ją określić. Jeżeli charakter materiału również podlega ochronie, wystarczy poinformować, że Polska otrzymała od Stanów Zjednoczonych niejawną informację dotyczącą zagrożenia, której szczegółów państwo nie ujawnia. 

Tajemnica nie wymaga chaosu. Im mniej można powiedzieć, tym większe znaczenie ma precyzja tego, co zdecydowano się powiedzieć publicznie.

W demokratycznym państwie rząd i prezydent mogą pozostawać w ostrym konflikcie, opozycja ma prawo kontrolować rząd, a media powinny zadawać pytania. Problem zaczyna się wtedy, gdy informacje dotyczące bezpieczeństwa zaczynają funkcjonować według tych samych zasad co codzienna walka partyjna. 

Rosyjskie operacje, działalność służb specjalnych, sabotaż, zagrożenia dla infrastruktury krytycznej czy informacje otrzymywane od CIA nie są zwykłą amunicją polityczną. Kiedy zaczynają tak funkcjonować, odbiorca przestaje zastanawiać się przede wszystkim nad zagrożeniem, a zaczyna nad tym, kto w Warszawie mówi prawdę.

W przypadku materiału CIA taka wątpliwość już powstała. Nie jest więc właściwe traktowanie niespójnej komunikacji wyłącznie jako ryzyka, które może wystąpić kiedyś w przyszłości. Niespójność wystąpiła już na poziomie języka używanego przez przedstawicieli najważniejszych organów państwa.

Rosja nie musi wymyślać konfliktu, jeżeli może wykorzystać istniejący

W potocznym rozumieniu rosyjska dezinformacja polega na produkowaniu fałszywych wiadomości. To tylko część problemu. Znacznie skuteczniejsze może być wykorzystywanie autentycznych konfliktów, prawdziwych wypowiedzi i realnych błędów przeciwnika.

NATO w oficjalnym dokumencie dotyczącym przeciwdziałania zagrożeniom informacyjnym wskazuje, że wrogie działania informacyjne obejmują celową, szkodliwą i skoordynowaną manipulację środowiskiem informacyjnym. 

Sojusz podkreśla, że działania takie mogą tworzyć dezorientację, pogłębiać podziały i destabilizować społeczeństwa, a przeciwnicy próbują wykorzystywać otwartość państw demokratycznych i ingerować w ich procesy oraz instytucje. 

NATO opisuje również mechanizm, w którym celem nie jest przekonanie odbiorcy do jednego konkretnego kłamstwa. Zagrożenia informacyjne mogą polegać na zalewaniu przestrzeni sprzecznymi komunikatami, aby odbiorca przestał być pewien, gdzie znajduje się granica pomiędzy faktem a manipulacją. Część ludzi przyjmie fałszywą narrację, inni zniechęcą się i całkowicie wycofają z debaty. 

Wspólnota ocenia, że oba rezultaty mogą być korzystne dla wrogich aktorów próbujących osłabiać odporność społeczeństwa.

W przypadku sporu o materiał CIA rosyjski aparat informacyjny nie potrzebuje więc fałszować żadnego dokumentu

Publiczne, różniące się określenia używane przez polskich przedstawicieli państwa mogą zostać wykorzystane do budowania narracji o chaosie, ukrywaniu informacji albo instrumentalnym wykorzystywaniu rosyjskiego zagrożenia. 

Nie ma podstaw, aby bez dowodów twierdzić, że wokół tej konkretnej sprawy trwa już zorganizowana rosyjska operacja. Mechanizm podatności jest jednak czytelny: premier mówi „raport”, minister obrony mówi, że raportu nie widział, szef BBN mówi „informacje”, amerykańska agencja „briefing”, a następnie pojawia się pytanie, czy raport w ogóle istnieje.

Z takiej sekwencji można zbudować prosty przekaz: „oni sami nie wiedzą, co dostali” albo „straszą was informacjami, których nie potrafią nawet jasno opisać”

Taka narracja może być manipulacyjna, ale jej surowcem nie są fałszywe dokumenty stworzone w Moskwie, lecz autentyczne wypowiedzi polskich przedstawicieli państwa.

Reklama

Najgroźniejszy będzie następny alarm

Największym problemem nie jest obecny spór o jedno słowo. Prawdziwa cena może ujawnić się podczas następnego kryzysu. 

Polskie służby mogą otrzymać wiarygodne ostrzeżenie o przygotowywanym sabotażu, rosyjskiej operacji wywiadowczej, cyberataku, zagrożeniu dla infrastruktury krytycznej albo kolejnej prowokacji na granicy. Państwo może wówczas nie być w stanie natychmiast przedstawić społeczeństwu wszystkich dowodów

W działaniach wywiadowczych jest to normalne – ochrona źródeł i metod wymaga pozostawienia części informacji w tajemnicy. Wtedy pozostaje jeden podstawowy zasób: wiarygodność instytucji, która ostrzega.

Jeżeli pierwszą reakcją części obywateli stanie się pytanie:„czy to znowu jakiś raport, którego nikt nie widział?”, problem nie powstanie tego dnia. Zostanie zbudowany wcześniej. 

Państwo może posiadać prawdziwe informacje i mimo to przegrać informacyjnie, jeżeli odbiorcy nie będą wierzyli temu, kto je przekazuje. Może mieć rację i jednocześnie nie być zdolne do przekonania społeczeństwa, że sytuacja wymaga reakcji.

Właśnie dlatego wiarygodności nie można włączyć razem z syrenami alarmowymi. Nie można pozwalać, aby komunikaty dotyczące bezpieczeństwa mieszały się z bieżącym konfliktem politycznym, a później oczekiwać, że w chwili prawdziwego kryzysu społeczeństwo automatycznie zacznie traktować każde ostrzeżenie jako bezsporną informację państwową. 

NATO podkreśla, że zagrożenia informacyjne mogą podważać publiczne zaufanie do komunikacji i instytucji, a budowanie odporności społecznej jest jednym z elementów przeciwdziałania takim operacjom.

Spójna komunikacja nie jest więc problemem public relations, ale elementem bezpieczeństwa państwa.

Komunikacja musi odpowiadać powadze sytuacji

Rosyjskie zagrożenie nie jest wymysłem polskiej polityki wewnętrznej. NATO, odwołując się do Koncepcji Strategicznej z 2022 roku, nadal określa Rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw Sojuszu oraz pokoju i stabilności w obszarze euroatlantyckim

Wspólnota wskazuje jednocześnie, że Moskwa wykorzystuje wobec państw NATO środki konwencjonalne, cybernetyczne i hybrydowe, w tym dezinformację.

Z tej racji nie wolno tego zagrożenia komunikacyjnie zużywać. Jeżeli jest realne, informacje na jego temat powinny być przekazywane bardziej, a nie mniej precyzyjnie niż zwykłe informacje polityczne. 

Każda niejasność zostanie zapamiętana, każda sprzeczność może zostać wykorzystana, a każde przesadne sformułowanie może powrócić przy następnym alarmie jako argument, że również tym razem władze przesadzają.

Nie oznacza to, że rząd ma ujawniać tajne materiały CIA albo szczegóły wymiany wywiadowczej ze Stanami Zjednoczonymi. Nie oznacza również, że prezydent, opozycja i media powinny przestać pytać o charakter informacji, na które powołuje się premier. 

Jest odwrotnie: skoro informacja jest na tyle poważna, że premier wykorzystuje ją do publicznego ostrzegania przed możliwymi wydarzeniami w najbliższych miesiącach, sposób jej komunikowania również musi odpowiadać powadze sytuacji.

Nie wystarczy później powiedzieć, że forma była nieistotna. Dla służb rzeczywiście może być wtórna, ponieważ najważniejsza jest treść. Dla komunikacji publicznej forma nie jest jednak obojętna, skoro premier sam nadał jej znaczenie, używając słowa „raport”.

Reklama

Nie ułatwiajmy zadania Rosji

Dlatego problemu nie można sprowadzać do pytania: czy raport CIA naprawdę istnieje? Być może istnieje. Być może chodzi o produkt wywiadowczy przekazany kanałem niejawnym. Być może słowo „raport” zostało użyte szerzej wobec informacji uzyskanych podczas briefingu. Publiczne źródła nie pozwalają tego obecnie rozstrzygnąć.

Jedna rzecz nie wymaga jednak spekulacji: po wypowiedzi premiera powstała realna publiczna wątpliwość dotycząca charakteru materiału, na który się powołał, a kolejne wypowiedzi przedstawicieli państwa tej wątpliwości natychmiast nie usunęły. To już jest niespójność komunikacyjna.

W warunkach rosyjskiej presji Polska potrzebuje nie tylko sprawnych służb, wojska i dostępu do amerykańskich informacji wywiadowczych, ale również społeczeństwa, które w chwili rzeczywistego zagrożenia uzna komunikat własnego państwa za wiarygodny. Rosja próbuje takie zaufanie osłabiać, a NATO opisuje ten mechanizm wprost.

Polskie państwo nie powinno ułatwiać przeciwnikowi zadania własnym chaosem komunikacyjnym. Bo w chwili prawdziwego kryzysu najważniejsze może okazać się nie to, jak dobrym raportem dysponuje premier, prezydent czy służby, lecz to, czy kiedy państwo powie obywatelom, że zagrożenie jest realne, oni jeszcze w to uwierzą.

CyberDefence24.pl - Digital EU Ambassador

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].

Reklama