- WIADOMOŚCI
Państwo na rollercoasterze. Instrukcja obsługi kryzysu, której nikt nie dostał [OPINIA]
Autor. Zdjęcie wygenerowane przy użyciu modelu ChatGPT
Najpierw drony w polskiej przestrzeni powietrznej, potem rosyjski pocisk na Lubelszczyźnie. Następnie raport CIA, który — zależnie od rozmówcy — był dokumentem, informacją albo briefingiem. Do tego niejasny przekaz o rozmowie wicepremiera i ministra obrony z prezydentem USA. Później ataki w szkołach, rosyjskie boty, internetowe wezwania do zabójstw i alarm o zamachu na premiera. Państwo jedzie dalej. Instrukcji obsługi kryzysu nie stwierdzono.
To już nie pojedyncza wpadka, lecz serial komunikacyjny. Każdy odcinek zaczyna się alarmem, w połowie pojawiają się sprzeczne wersje, a finał przynosi wyjaśnienie, że należało rozumieć coś innego. Obywatele mają śledzić komunikaty służb, polityków i rzeczników, a potem sami ustalać, która wersja właśnie obowiązuje.
Zobacz też 
Drony, tory, pocisk i alarm, który nie wszędzie dotarł
We wrześniu 2025 r. rosyjskie drony naruszyły polską przestrzeń powietrzną. MSWiA poinformowało, że obiekty stanowiące zagrożenie zostały zestrzelone. Sztab Generalny Wojska Polskiego apelował do mieszkańców o zachowanie spokoju, śledzenie komunikatów państwowych i nieuleganie dezinformacji. W komunikacji uczestniczyły więc zarówno służby podległe resortowi, jak i wojsko.
Problemem nie była jednak wyłącznie dezinformacja. 12 września wiceminister spraw zagranicznych wystąpił na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, pokazał zdjęcie uszkodzonego domu w Wyrykach i mówił o rosyjskich dronach próbujących atakować polskie domy.
Późniejsze śledztwo wykazało, że budynek uszkodziła głowica polskiej rakiety AIM-9X wystrzelonej z samolotu F-35.
Przedstawiciel MSZ umieścił więc zniszczony dom w kontekście rosyjskiego ataku, choć bezpośrednią przyczyną uszkodzeń okazał się pocisk wystrzelony przez polski samolot. Państwo ostrzegało przed fałszywymi informacjami, a jego reprezentant na forum ONZ przekazywał błędną wersję przyczyny zniszczeń.
Podobny problem ujawnił się po uszkodzeniu torów na trasie Warszawa-Lublin w listopadzie 2025 r.
16 listopada rzeczniczka MSWiA informowała, że „na ten moment brak podstaw, by mówić o celowym działaniu osób trzecich”. Następnego dnia wicepremier i minister cyfryzacji mówił o kilku rozważanych scenariuszach: sabotażu, kradzieży, a nawet głupim występku, zakładzie lub „nowoczesnym challengu”.
Premier najpierw stwierdził, że nie można wykluczyć dywersji, a dzień później mówił już, że „nie ma wątpliwości”, iż do niej doszło.
W toku śledztwa pojawiały się nowe ustalenia, ale odbiorcy nie dostali jasnego wyjaśnienia, jak zmieniała się wiedza służb i która z publicznych ocen odpowiadała aktualnemu stanowi sprawy.
Później szef rządu przedstawił w Sejmie ustalenia, według których oba zdarzenia na kolei były celowe.
30 lipca 2026 r. rosyjski pocisk manewrujący Ch-101 naruszył polską przestrzeń powietrzną, a następnie eksplodował w pobliżu Tarnawy-Kolonii na Lubelszczyźnie. W interpelacji poselskiej zażądano wyjaśnień, dlaczego alarmu nie ogłoszono w dziesięciu z siedemnastu powiatów — w tym w powiecie, w którym eksplodował pocisk — i dlaczego nie wysłano alertu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. O możliwych lukach w alarmowaniu obywatele mogli dowiedzieć się z pytań skierowanych do rządu, a nie z komunikatu alarmowego.
Państwo ma system alarmowania i procedury. Pozostaje jednak pytanie, czy system zdąży ostrzec mieszkańców przed obiektem, który już eksplodował. To szczegół, który warto ustalić przed kolejnym testem w terenie.
Raport CIA: jest, nie ma, raportuje się
We wrześniu premier poinformował o „dość precyzyjnym raporcie”, który miał otrzymać bezpośrednio od szefa CIA i który dotyczył możliwych wydarzeń w najbliższych miesiącach.
Potem zaczęła się część objaśniająca. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta zakwestionował istnienie tajnego raportu w formie dokumentu. Wicepremier i minister obrony przyznał, że go nie widział. Rzecznik rządu tłumaczył, że chodziło o informacje przekazane premierowi.
W efekcie kraj dostał ostrzeżenie o poważnym zagrożeniu oraz dodatkowy quiz: czy był to raport, briefing, informacja, czy może raportowanie?
Nie chodzi o to, by premier ujawniał tajne informacje. Wystarczyłoby, żeby państwo wiedziało, co szef rządu właśnie ujawnił.
Z późniejszych wyjaśnień wynikało, że prezydent otrzymał informacje podczas rozmowy, choć nie dostał dokumentu CIA. Informacja dotarła więc do najważniejszych osób w państwie, ale po drodze zgubiła opis, status i listę poinformowanych.
Spotkanie w Waszyngtonie. Wersji więcej niż uczestników
Marcowe spotkanie wicepremiera i ministra obrony z prezydentem USA wróciło do debaty po kilku miesiącach.
Europoseł opozycji mówił o swojej roli w organizacji spotkania. W mediach pojawiła się niepotwierdzona wersja, że prezydent USA miał sugerować wicepremierowi zmianę koalicji i utworzenie rządu z prawicą. Premier potwierdził, że został poinformowany o spotkaniu, ale uznał jego treść za zbyt interesującą, by mówić o niej publicznie. Pełnego, oficjalnego opisu rozmowy nadal nie przedstawiono.
Dyplomacja lubi ciszę. Polska debata polityczna najwyraźniej lubi, gdy wypełniają ją przecieki i sugestie o tym, kto komu co miał powiedzieć. Obywatel może sobie z nich złożyć obraz rozmowy — najlepiej przed otrzymaniem kolejnej wersji.
Szkoły, wezwania do przemocy i prawne narzędzia państwa
W październiku doszło do ataków w szkołach, a w internecie krążyły wezwania do zabójstw i przemocy.
Premier publicznie odniósł się do pogłosek o rzekomym „challengu”. Później policja i przedstawiciele władz informowali, że nie ma potwierdzenia ogólnopolskiego wyzwania ani związku między atakami. Wypowiedź szefa rządu nie powinna zastępować jasnego komunikatu o tym, co ustalono, a co nadal pozostaje pogłoską.
Premier ostrzegał też przed przemocą w grach, wymieniając Minecrafta. Część graczy i komentatorów kwestionowała trafność tego przykładu, wskazując, że gra kojarzy się przede wszystkim z budowaniem i eksploracją. Wypowiedź odciągnęła uwagę od sedna problemu: bezpieczeństwa dzieci i internetowych wezwań do przemocy.
Publiczne wezwania do zabójstw i ataków na szkoły wymagały pilnej oceny przez organy ścigania.
Jeżeli nawoływały do popełnienia zbrodni, mogły wypełniać znamiona przestępstwa z art. 255 § 2 Kodeksu karnego, zagrożonego karą pozbawienia wolności do trzech lat.
Osobnej oceny wymaga ustalenie, czy działanie miało charakter terrorystyczny. Zgodnie z art. 115 § 20 k.k. czyn zagrożony karą, której górna granica wynosi co najmniej pięć lat, jest przestępstwem o charakterze terrorystycznym, jeśli popełniono go w celu poważnego zastraszenia wielu osób, zmuszenia organu władzy do działania lub wywołania poważnych zakłóceń w państwie.
Przepis obejmuje także groźbę popełnienia takiego czynu. Sam fakt, że wpisy wywołały strach albo doprowadziły do zamknięcia szkół, nie przesądza jeszcze o celu sprawcy.
Art. 255a k.k. dotyczy rozpowszechniania lub publicznego prezentowania treści mogących ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym, jeżeli sprawca działa w zamiarze, by do niego doszło. Nie obejmuje automatycznie każdego wezwania do przemocy.
Odrębną kwestią jest usuwanie treści: właściwe procedury zależą od ich charakteru i podstawy prawnej. Nie można więc twierdzić, że państwo nie ma żadnych narzędzi. Zasadne jest natomiast pytanie, jak organy oceniły konkretne materiały i czy skorzystały z dostępnych procedur. Podstawę tych rozróżnień stanowią art. 115 § 20, art. 255 § 2 i art. 255a § 1.
Rosyjskie boty: spadek aktywności i aktywna panika
Minister koordynator służb specjalnych, powołując się na Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, mówił podczas transmisji na żywo o znacznym spadku aktywności rosyjskich botów i łączył go z atakami na centra danych Yandexu.
🇺🇦🇷🇺🇵🇱 ❗️ ABW odnotowało radykalny spadek aktywności rosyjskich botów w sieci. Jest to zjawisko obserwowane na całym świecie po zbombardowaniu trzech centrów danych. To okoliczność warta odnotowania, ponieważ przy każdym takim kryzysie aktywność rosyjskich botów jest ogromna - @TomaszSiemoniak
— WarNewsPL (@WarNewsPL1) October 12, 2026
W tym samym czasie wicepremier i minister cyfryzacji ostrzegał, że rosyjskie boty wzmacniają dezinformację wokół ataków w szkołach. Publicznie dostępne dane nie potwierdzały jednak znaczącego spadku aktywności prorosyjskich kont.
Głośny wykres dotyczył przede wszystkim automatycznego ruchu sieciowego, w tym crawlerów, a nie kont propagandowych w mediach społecznościowych. Minister koordynator podtrzymywał swoje twierdzenie, powołując się na informacje ABW.
‼️ Niemiecki dziennikarz namierzył oryginał grafiki, która wzbudziła wczoraj i dziś falę kontrowersyjnych (żeby nie powiedzieć nieprawdziwych) doniesień o spadku aktywności rosyjskich botów/trolli. Stworzył ją "24 letni steward Frank" i oznaczył jako ...wygenerowaną przez AI (co już wczoraj podejrzewaliśmy). Niestety politycy, którzy podawali dalej ten materiał, tego oznaczenia (celowo lub przez przypadek 🤷♂️) nie zachowali i źródła też nie wskazali. Co więcej, niemiecki instytut badawczy Cemas zajmujący się dezinformacją, instytut Hasso Plattner i thinktank Polisphere oficjalnie ❌ zaprzeczają jakoby obserwowano spadek liczby postów, który można by wytłumaczyć atakiem na Yandex. "Ani aktywność istniejących botów, ani tempo tworzenia nowych nie spadły, jak pokazują dane, które zbieramy". No ale to dane z Niemiec. Tymczasem w 🇵🇱Polsce minister Siemoniak powiedział, że "ABW odnotowało radykalny spadek aktywności rosyjskich botów w sieci. Jest to zjawisko obserwowane na całym świecie po zbombardowaniu trzech centrów danych." Ale ABW niczego w tej sprawie jak na razie nie upubliczniło. Miejmy nadzieję, że upubliczni. To by dopiero było! 🍿Na razie wiemy że "na całym świecie" najwyraźniej oznacza bez Niemiec...
— Niebezpiecznik (@niebezpiecznik) October 12, 2026
Może chodziło o inne konta albo różne okresy pomiaru. Obywatele nie dostali jednak technicznego wyjaśnienia, które pozwoliłoby pogodzić te komunikaty. Usłyszeli, że botów jest znacznie mniej, ale nadal podsycają panikę. Tak wygląda komunikacyjna wersja gry w „połącz kropki”, tyle że kropki rysują różne instytucje.
Wielu przedstawicieli władz mówiło o rosyjskiej inspiracji albo wykorzystywaniu sytuacji przez Rosję. Publicznie nie przedstawiono jednak potwierdzenia, że same ataki w szkołach były częścią skoordynowanej rosyjskiej operacji.
Rosyjska dezinformacja może wykorzystywać prawdziwe zdarzenia; nie dowodzi to, że Rosja zorganizowała ataki. Władze powinny jasno przedstawiać oba te ustalenia, bez zamieniania podejrzenia w dowód.
Zamach na premiera, który obiegł świat
Informacja o możliwym zamachu na premiera i wicepremiera, który jest zarazem ministrem obrony, błyskawicznie obiegła światowe serwisy informacyjne, w tym agencję Reutera i AFP.
Po zatrzymaniu 66-letniego podejrzanego poinformowano o dziewięciu zarzutach i materiałach znalezionych w jego mieszkaniu, które mogły służyć do sporządzenia ładunków wybuchowych. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie powiedział, że mężczyzna był wcześniej leczony psychiatrycznie.
Prokuratura mówiła również o podejrzeniu poszukiwania przez niego osób do współpracy i utworzenia internetowej grupy liczącej kilkaset osób. W ujawnionych informacjach nie wykazano, że grupa była operacyjną komórką przygotowującą zamach. Wcześniejsze leczenie psychiatryczne podejrzanego samo w sobie nie dowodzi, że zagrożenie było fikcyjne; nie wyjaśnia też motywów ani nie zastępuje dowodów.
Komunikat o możliwym zamachu uruchomił międzynarodowy alarm, zanim opinii publicznej przedstawiono pełniejszy obraz sprawy. Taka sytuacja wymaga precyzyjnego przekazu: bez pomniejszania zagrożenia, ale też bez pozostawiania odbiorców z samym alarmującym nagłówkiem.
RCB i obywatele, którzy mogą przestać czytać
Badania dotyczące alertów Rządowego Centrum Bezpieczeństwa w województwach przygranicznych pokazują zmęczenie częstymi ostrzeżeniami i krytyczne oceny ich użyteczności.
W badaniu Opinia24 dla RMF FM 74 proc. ankietowanych z województwa lubelskiego i 72 proc. z podkarpackiego uważało, że alertów jest za dużo. W Lubelskiem 45 proc. krytycznie oceniało ich użyteczność, a na Podkarpaciu — 32 proc.
W badaniu SW Research dla Onetu 35,2 proc. respondentów negatywnie oceniało działanie systemu ostrzegania, 34,8 proc. pozytywnie, a 30 proc. nie miało zdania.
Wyniki te nie dowodzą, że społeczeństwo przestało ufać oficjalnym komunikatom. Pokazują jednak, że wielu odbiorców krytycznie ocenia działanie alertów. Jeśli ostrzeżenia są odbierane jako zbyt częste, mało użyteczne albo niesprawne, rośnie ryzyko, że część ludzi zlekceważy także następny komunikat.
To podwójna porażka. Władze tracą opinię odpowiedzialnych i kompetentnych, a ich komunikaty mogą tracić moc ostrzegania. Alert uznany za kolejny fałszywy alarm nie spełni swojej funkcji nawet wtedy, gdy zagrożenie będzie realne. Zaufanie jest częścią infrastruktury bezpieczeństwa — i właśnie tę część państwo konsekwentnie nadwyręża.
Finał jeszcze przed zderzeniem?
Drony, tory, pocisk, raport CIA, spotkanie z prezydentem USA, ataki w szkołach, rosyjskie boty, możliwy zamach na premiera i alerty RCB. Każdy epizod ma własne fakty i przebieg, ale w komunikacji władz powtarza się podobny scenariusz: najpierw mocny alarm, potem sprzeczne wersje, a na końcu wyjaśnienia, które powinny były pojawić się na początku.
To nie jest już pojedyncza wpadka rzecznika ani niefortunne zdanie ministra. Państwo publikuje alarm szybciej niż uporządkowaną informację, a potem zostawia obywateli z zadaniem odtworzenia prawdy z komunikatów, sprostowań i przecieków.
Ten rollercoaster nabiera prędkości. Jeśli władze nie odzyskają kontroli nad przekazem, przy następnym kryzysie społeczeństwo może już nie wiedzieć, czy reagować na ostrzeżenie, czy czekać, aż rząd wyjaśni, co miał na myśli.





Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].