Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI

Rosja uderza w Tuska i Ukrainę. Wybuch pocisku w Tarnawie-Kolonii uruchomił kremlowską machinę

Rosyjska dezinformacja po incydencie w Tarnawie-Kolonii: podważanie faktów, polityczne oskarżenia i próba przerzucenia winy na Ukrainę
Rosyjska dezinformacja po incydencie w Tarnawie-Kolonii: podważanie faktów, polityczne oskarżenia i próba przerzucenia winy na Ukrainę
Autor. CyberDefence24/Canva

Rosyjskie media nie ograniczyły się do relacjonowania wybuchu pocisku w Tarnawie-Kolonii. Jeszcze przed zakończeniem badań szczątków zaczęły budować wielowarstwową narrację obronną: najpierw podważać ustalenia polskich władz, następnie oskarżać Donalda Tuska o polityczną manipulację, a w najbardziej radykalnej wersji sugerować, że za incydentem mogła stać Ukraina. Celem nie jest przedstawienie spójnej alternatywnej wersji wydarzeń. Chodzi raczej o stworzenie wrażenia, że prawdy nie da się ustalić, a każde wskazanie na Rosję jest elementem politycznej kampanii Zachodu.

Reakcja rosyjskich mediów na wybuch pocisku w województwie lubelskim nie była jednolita. Część redakcji przyjęła stosunkowo informacyjny ton. „Kommersant” w publikacji „Туск заявил о падении российской ракеты в Польше” „Tusk poinformował o upadku rosyjskiej rakiety w Polsce”) napisał, że według polskiego premiera obiekt był „prawdopodobnie” rosyjską rakietą, zaznaczając równocześnie, że informacja nie została jeszcze ostatecznie potwierdzona. Gazeta przytoczyła dane o znalezieniu szczątków i dziesięciometrowego leja, nie próbując samodzielnie tworzyć alternatywnej wersji zdarzenia.

Podobnie postępował Interfax. Agencja informowała o wstępnej identyfikacji pocisku jako Ch-101, gotowości polskich wojsk do jego zestrzelenia i braku ofiar. W późniejszej depeszy przytoczyła słowa Tuska, że Polska nie była zamierzonym celem, ale znalezione komponenty i ślady wskazywały – według ocen wojskowych – na rosyjską rakietę.

Równie powściągliwe były pierwsze materiały „Nowej Gaziety”Topcor.ru oraz częściowo TASSTopcor.ru odnotował nawet relacje mieszkańców mówiących o wyjątkowo silnym wybuchu i fali uderzeniowej, a także fakt, że incydent nastąpił podczas rosyjskiego ataku na Ukrainę.

Ten stosunkowo neutralny nurt szybko został jednak przykryty przez znacznie bardziej agresywną narrację. Jej zasadniczym elementem stało się nie pytanie, skąd przyleciał pocisk, lecz oskarżenie polskiego premiera, że wydał polityczny werdykt „przed ekspertyzą”.

Reklama

„Jakoby", „rzekomo" i „bez dowodów"

Charakterystycznym elementem rosyjskich publikacji jest konsekwentne stosowanie słów „jakoby” i „rzekomo” wszędzie tam, gdzie pojawia się określenie „rosyjska rakieta”. Gazeta.Ru już w tytule krótkiej wiadomości napisała, że Tusk „twierdzi”, iż w Polsce spadła „jakoby” rosyjska Ch-101. W obszerniejszym materiale redakcja stwierdziła, że premier „pospieszył się” z uznaniem rakiety za rosyjską.

Jeszcze dalej poszedł dziennik „Wzglad”. Jego publikację zatytułowano „Туск безосновательно заявил о падении российской ракеты в Польше” „Tusk bezpodstawnie ogłosił upadek rosyjskiej rakiety w Polsce”). Słowo „bezpodstawnie” pojawiło się, mimo że polski premier powoływał się na ocenę wojskowych badających znalezione szczątki i jednocześnie zastrzegał, że ostateczna identyfikacja nastąpi po zakończeniu szczegółowych analiz.

Tę samą konstrukcję powtórzyły „Argumenty i Fakty” w publikacji „Туск, не дожидаясь экспертизы, назвал упавший в Польше объект ракетой РФ” „Tusk, nie czekając na ekspertyzę, nazwał obiekt, który spadł w Polsce, rosyjską rakietą”), Moskwa 24 w materiale „Туск без экспертизы заявил о падении российской ракеты в Польше” „Tusk bez ekspertyzy poinformował o upadku rosyjskiej rakiety w Polsce”) oraz portal Life.ru.

Jest to manipulacja oparta na częściowej prawdzie. Ekspertyza rzeczywiście nie była jeszcze zakończona. Tusk nie twierdził jednak, że dysponuje ostatecznym orzeczeniem. Mówił o wstępnej ocenie wojska i szczątkach wskazujących na pocisk Ch-101, zaznaczając potrzebę stuprocentowego potwierdzenia typu rakiety oraz jej pochodzenia. Oficjalny komunikat Kancelarii Prezesa Rady Ministrów stwierdzał wprost, że wstępne ustalenia wskazują na rosyjski pocisk manewrujący Ch-101, ale ostateczna identyfikacja nastąpi po szczegółowych badaniach.

Rosyjskie redakcje rozdzieliły te dwa elementy. Informację o rosyjskim pochodzeniu przedstawiały jako stanowcze, polityczne oskarżenie, natomiast zastrzeżenie o trwających badaniach wykorzystywały jako dowód, że Warszawa nie posiada żadnych podstaw do takiej oceny. W ten sposób ostrożność polskich władz została przedstawiona jako ich sprzeczność i niewiarygodność.

Rakieta znika, pozostaje Tusk

W wielu materiałach sam incydent szybko schodzi na dalszy plan. Tematem przestaje być obiekt, który przeleciał nad Polską, został wykryty przez radary, pozostawił szczątki i dziesięciometrowy lej. Głównym bohaterem staje się Donald Tusk, któremu przypisuje się pośpiech, manipulację i polityczne kalkulacje.

Portal Life.ru pisał, że polski premier nie pokazał opinii publicznej rakiety ani dowodów jej rosyjskiego pochodzenia. Cytowany przez portal ekspert wojskowy Wasilij Dandykin uznał stanowisko Warszawy za „polityczną manipulację”, pytając, czy Tusk w ogóle „pokazał tę rakietę”.

Argument ten przesuwa ciężar dowodowy w wygodny dla Rosji sposób. Polskie służby zabezpieczyły miejsce eksplozji, lej oraz fragmenty pocisku, a ich badanie odbywało się pod nadzorem prokuratury. Brak natychmiastowego wystawienia szczątków przed kamerami został jednak przedstawiony jako brak jakichkolwiek dowodów. W takim ujęciu ekspertyza państwowych laboratoriów i wojskowych specjalistów ma mniejszą wartość niż żądanie, aby Tusk osobiście „pokazał rakietę”.

Gazeta.Ru próbowała zachować pozory równowagi, odnotowując zarówno polskie, ukraińskie i unijne stanowiska, jak i fakt przeprowadzenia przez Rosję masowego uderzenia na Ukrainę. Jednocześnie już sam dobór słów – „jakoby rosyjska”, „pospieszył się”, „ogłoszona rosyjską przed ekspertyzą” – sugerował czytelnikowi, że zasadniczym problemem nie jest naruszenie przestrzeni NATO, lecz zachowanie polskiego premiera.

Reklama

NATO, podatnicy i „straszenie Rosją"

Kolejnym etapem rosyjskiej narracji stało się przypisywanie Warszawie motywu finansowego i politycznego. Deputowana Dumy Państwowej Swietłana Żurowa powiedziała Lenta.ru, a jej wypowiedź powtórzył Rambler, że Polska ma rzekomo zwyczaj oskarżania Rosji bez dowodów, ponieważ chce przekonać obywateli do finansowania NATO. Według niej polskie władze potrzebują rosyjskiego zagrożenia, aby uzasadniać wydatki ponoszone przez podatników.

W tym przekazie incydent zostaje odłączony od rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę. Nie jest analizowany jako możliwy skutek użycia kilkudziesięciu rakiet i setek dronów w pobliżu granicy NATO. Staje się instrumentem polskiej polityki wewnętrznej: pretekstem do zwiększania budżetu wojskowego, płacenia składek sojuszniczych i podtrzymywania społecznego lęku przed Rosją.

Life.ru rozszerzył tę interpretację na całość stosunków Rosji z Zachodem. Portal twierdził, że państwa zachodnie regularnie formułują wobec Moskwy „bezpodstawne oskarżenia”, aby uzasadniać sankcje, militaryzację i polityczną presję. Sprawa Tarnawy-Kolonii została więc wpisana w gotową wcześniej matrycę: Rosja jest oskarżana nie dlatego, że istnieją materialne ślady jej działania, lecz dlatego, że Zachód potrzebuje wroga.

Od negowania do oskarżenia Ukrainy

Najbardziej radykalną wersję wydarzeń przedstawił komentujący sprawę dla Life.ru politolog Władimir Olenczenko. Nie poprzestając na podważaniu rosyjskiego pochodzenia pocisku, nazwał wybuch „prowokacją Kijowa”.

Według jego spekulacji Ukraina mogła doprowadzić do incydentu, aby wciągnąć Polskę głębiej do wojny i odsunąć na dalszy plan konflikt historyczny dotyczący zbrodni wołyńskiej. Olenczenko połączył sprawę rakiety również ze zmianami personalnymi w ukraińskim dowództwie, przypisując nowym dowódcom skłonność do działań terrorystycznych. Portal nie przedstawił żadnych dowodów potwierdzających tę wersję.

Mechanizm jest typowy dla rosyjskiego przekazu kryzysowego. Najpierw podkreśla się, że niczego jeszcze nie wiadomo. Następnie stwierdza się, że oskarżenia wobec Rosji są niewiarygodne. W trzecim etapie pojawia się bardzo konkretna, choć całkowicie nieudokumentowana wersja obciążająca Ukrainę.

Nie chodzi przy tym o udowodnienie ukraińskiej odpowiedzialności. Wystarczy wprowadzić ją do obiegu informacyjnego jako jedną z „możliwych wersji”. Odbiorca ma dojść do wniosku, że skoro wersji jest wiele, to ustalenia Polski nie mogą być traktowane jako wiarygodne.

Reklama

Eksperci przeczą rosyjskim danym

Wątpliwości budzi również poziom niektórych komentarzy technicznych. Dandykin twierdził, że mało prawdopodobne jest, aby Ch-101 mogła dolecieć „za Lwów” i znaleźć się w Polsce.

Twierdzenie to pozostaje w sprzeczności z parametrami tej broni przedstawianymi przez same rosyjskie źródła. RIA Nowosti opisuje Ch-101 jako strategiczną, lotniczą rakietę manewrującą dalekiego zasięgu, zdolną według otwartych danych do rażenia celów oddalonych nawet o około 5,5 tysiąca kilometrów.

Jeszcze bardziej wymowny jest błąd powtarzany przez Interfax, „Wzglad”, Life.ru i Moskwę 24, które określały Ch-101 jako „rakietę balistyczną”. Oficjalny polski komunikat mówił o pocisku manewrującym. Również rosyjskie źródła wojskowe i informacyjne od lat klasyfikują Ch-101 jako rakietę manewrującą, a nie balistyczną.

Najprawdopodobniej był to błąd w tłumaczeniu lub kopiowaniu depeszy. Pokazuje on jednak, że część redakcji, jednocześnie domagając się od Polski stuprocentowej technicznej precyzji, sama powielała podstawową nieścisłość dotyczącą rodzaju omawianej broni.

Wygodne zdanie: Polska nie była celem

Rosyjskie media bardzo szeroko eksponowały późniejszą wypowiedź Tuska, że nie ma powodów sądzić, iż Polska była zamierzonym celem ataku. Informację tę nagłaśniały między innymi TASS„Argumenty i Fakty”„Wiedomosti”Interfax i Obszczestwiennaja Służba Nowostiej.

Sama informacja jest prawdziwa i istotna. Brak dowodów na celowy atak oznacza, że incydentu nie należy automatycznie interpretować jako świadomego uderzenia Rosji na państwo NATO. W rosyjskim przekazie zdanie to służy jednak także minimalizowaniu znaczenia naruszenia polskiej przestrzeni.

Zacierana jest różnica między brakiem intencji zaatakowania Polski a odpowiedzialnością za pocisk, który znalazł się na jej terytorium. Rakieta mogła nie być wymierzona w Polskę, a jednocześnie pozostawać rosyjskim pociskiem użytym podczas ataku na Ukrainę. Te dwie tezy nie są ze sobą sprzeczne.

Rosyjskie publikacje często przedstawiają je jednak tak, jakby stwierdzenie „Polska nie była celem” automatycznie podważało rosyjskie pochodzenie rakiety albo usuwało odpowiedzialność za naruszenie przestrzeni powietrznej.

Reklama

Obrona narracyjna uruchomiona przed oficjalnym stanowiskiem

Do wieczora 30 lipca przekaz rosyjskich mediów wyprzedzał pełne, oficjalne stanowisko rosyjskich władz. Zanim przedstawiono wyniki badań szczątków i zanim rosyjskie Ministerstwo Obrony zaprezentowało udokumentowaną wersję wydarzeń, w obiegu medialnym funkcjonowały już wszystkie podstawowe linie obrony.

Pierwsza głosiła, że Polska nie ma dowodów. Druga – że Tusk manipuluje i próbuje wywołać strach przed Rosją. Trzecia – że incydent może służyć zwiększeniu wydatków na NATO. Czwarta – że za eksplozją mogła stać Ukraina. Piąta – że skoro Polska nie była celem, zdarzenie nie ma większego znaczenia strategicznego.

Narracje te są częściowo sprzeczne. Nie można jednocześnie twierdzić, że nie wiadomo, jaki obiekt spadł, że rakieta nie mogła dolecieć do Polski i że najprawdopodobniej była to ukraińska prowokacja. Z punktu widzenia propagandy sprzeczność nie jest jednak problemem. Poszczególne wersje są kierowane do różnych grup odbiorców i realizują wspólny cel: mają osłabić zaufanie do polskich ustaleń.

Rosyjskie media nie muszą przekonać odbiorców, że Moskwa przedstawiła bardziej wiarygodne wyjaśnienie. Wystarczy, że przekonają ich, iż żadnego wyjaśnienia nie można uznać za pewne, a oskarżenie Rosji zawsze jest politycznie motywowane.

Wybuch pocisku w Tarnawie-Kolonii stał się więc nie tylko incydentem militarnym, ale również natychmiastowym testem rosyjskiego systemu komunikacji. System zadziałał zgodnie ze znanym schematem: zakwestionować fakty, zaatakować wiarygodność źródła, przypisać przeciwnikowi ukryty interes, a następnie wprowadzić konkurencyjną wersję wydarzeń bez konieczności jej udowodnienia.

Ostateczne ustalenie pochodzenia pocisku zależy od badań technicznych. Rosyjska operacja informacyjna rozpoczęła się jednak znacznie wcześniej, zanim laboratoria i prokuratura mogły zakończyć swoją pracę.

Zobacz również

CyberDefence24.pl - Digital EU Ambassador

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].

Reklama