Technologie

#CyberMagazyn: Sztuczna inteligencja i aplikacja lekiem na rotację na rynku pracownika? Stoi za tym 24-latek

Fot. Filip Sobel/ archiwum prywatne

Aplikacja ma być odpowiedzią na wysoki wskaźnik rotacji na rynku pracownika, szczególnie na stanowiskach niższego szczebla. Łączy sztuczną inteligencję, algorytm oparty na uczeniu maszynowym i testy psychometryczne. Ostatecznie chodzi o jak najlepsze dopasowanie pracownika i pracodawcy, oszczędzając ich czas... i pieniądze. Za pomysłem stoi 24-latek, Filip Sobel.

Hasło „rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady” już dawno nie przystaje do obecnych czasów. Część pracowników, szczególnie w branży nowych technologii, chce pracować z dowolnego miejsca nie tylko w kraju, ale i na świecie. Bieszczady są więc jak najbardziej możliwe dla wielu z nich. Pracodawca nie zgadza się na warunki? Zawsze można go zmienić, co widać szczególnie w nastawieniu do pracy Pokolenia Zet – dla nich praca to także zajęcie, dzięki któremu mogą „zmieniać świat” i realizować to, w co wierzą, a równie ważne, co wynagrodzenie, są także m.in. wspólne wartości jego i pracodawcy.

Tzw. Wielka Rezygnacja (ang. The Great Resignation) zapukała również do polskich biur i dotyczy nie tylko dobrze wykształconych z większych miast. Ogłoszenia „przyjmę do pracy jakiegokolwiek żywego człowieka” jeszcze nie tak dawno mogły być memem, dziś – głównie dla szukających rąk do pracy – nie są już tak zabawne.

Do tego inflacja ma wzmagać presję płacową, choć z powodu m.in. wojny w Ukrainie i potrzeby poczucia większej stabilności, w kwietniu – jak wynika z raportu Grant Thornton i Element w serwisach rekrutacyjnych pojawiło się „tylko” ponad 300 tys. ofert pracy - mniej o nieco ponad 50 tys. niż w marcu. Pracownicy mają też rzadziej decydować się na zmianę, jeśli „nie mają nic pewnego” w zamian.

Niskie bezrobocie i wciąż obecny rynek pracownika sprawia, że choć rotacja na stanowiskach się zmniejsza, wciąż jest bardzo wysoka, co wiąże się z kosztami dla pracodawcy, który na rekrutację poświęca nie tylko czas, ale i pieniądze.

Rozwiązanie na ten problem znalazł 24-letni Filip Sobel, szef HR techu – Staffly, aplikacji – jak reklamuje się produkt – „pracy dopasowanej”.

Na czym polega w tym przypadku połączenie rynku pracy i technologii?

Czytaj też

Algorytm, psychometria, kandydat i pracodawca

Aplikacja Staffly za pomocą sztucznej inteligenji i algorytmu opartego na uczeniu maszynowym, weryfikuje cechy osobowości kandydatów do pracy. Platforma ma dzięki temu przyczyniać się do zmniejszenia rotacji na stanowiskach – kandydat wypełnia bowiem automatyczny test psychometryczny, tym samym biorąc udział w procesie proselekcji.

Zbadane predyspozycje psychologiczne dają wynik, który rekruterowi pokaże, w jakim stopniu jest on dopasowany do danego stanowiska pracy. Test dla kandydata jest krótki i określa liczbę 34 kompetencji, jakie są wymagane na danym stanowisku.

Fot. Staffly/ strona internetowa

„Pracując na modelu tzw. Wielkiej Piątki osobowości, psycholodzy stworzyli dla nas profile 160 stanowisk - każdy z tych profili składa się z minimum 4 do maksymalnie 7 cech, które takiego idealnego kwalifikują” – tłumaczy CyberDefence24.pl Filip Sobel, szef i współzałożyciel Staffly.

Dodaje, że jego rozwiązanie to był początkowo klasyczny tzw. job board, czyli miejsce, gdzie można opublikować ogłoszenie. „Nasze rozwiązanie różniło się od innych tym, że kandydat może aplikować na dane stanowisko w oparciu o zestaw swoich cech. Pracodawca widział, że dany kandydat jest np. dopasowany do stanowiska w 50 proc. lub 70 proc. Wystartowaliśmy z tym we wrześniu zeszłego roku. Bardzo szybko doszło jednak do nas, że bez milionów złotych na marketing. trudno będzie nam rozhulać produkt, bo to typowy market place. Teraz cały proces jest w pełni zautomatyzowany: Odpuściliśmy job board, więc nie ma u nas rejestracji, tworzenia profilu, dodawania ogłoszenia itp. Całość opiera się na automatycznej wysyłce SMS i maila do kandydata z testem” – zaznacza.

W tworzeniu algorytmu - dla psychologów, z którymi współpracowali - najważniejszy był fakt, do kogo chcą adresować swoją aplikację. „Wiedzieliśmy, że chodzi nam o pracowników niższego szczebla, bo głównym problemem jest tam bardzo wysoka rotacja – rocznie nawet 20-40 proc. Za tym idą ogromne koszty na ciągle powtarzające się rekrutacje - to w efekcie setki tysięcy, więc daje to ogromne pole do popisu” – słyszymy.

Czytaj też

Jak 24-latek (rocznik ’97) rozpoczął swoją przygodę z biznesem?

Pomysł na biznes zrodził się w jego głowie ponad 3 lata temu - początkowo jako platforma usług sąsiedzkich - dla studentów, którzy potrzebują dorobić i chcą znaleźć „zajęcie na szybko” - wykonają pracę i zarobią konkretną sumę.

„Takim miejscem są grupy na Facebooku czy OLX, ale one są obarczone ogromnym ryzykiem niepewności po obu stronach. To był mój pierwszy pomysł: aby dorobić poprzez aplikację, dzięki której możemy komuś wynieść śmieci, zrobić zakupy, posprzątać. Mając 19 lat, tak naprawdę nie miałem pojęcia o tym, jak się prowadzi biznes. Bardzo dużo czasu zajęła mi pierwsza walidacja pomysłu – stworzenie prezentacji, pitch decka, który mogę zaprezentować inwestorom. Sam nie miałem środków, aby stworzyć aplikację, nie mam też takich umiejętności – chociaż od półtora roku pracuję u siebie także jako product owner, co jest rolą stricte związaną z IT” – opowiada młody start-upowiec.

Dziś tworzą zespół czteroosobowy, który składa się z ludzi, mających umiejętności i kompetencje z zakresu sprzedaży, marketingu, IT, administracji czy desingu. Filip Sobel nie ukrywa jednak, że nie miał pieniędzy, by ruszyć z biznesem – sam wcześniej jeździł przez 2,5 roku na Uberze, by łączyć pracę ze studiami dziennymi. Zaczęli od programu pre-akceleracyjnego, pozostali członkowie zespołu – poza Filipem - nadal byli zatrudnieni u dotychczasowych pracodawców, inwestując w rozwój pomysłu cały swój czas wolny.

„Nadal dążyliśmy do tego, aby zdobyć finansowanie na aplikację mobilną, która będzie przeznaczona dla prac tzw. niższego szczebla – letnich czy dorywczych. Po pół roku funkcjonowania – w grudniu 2020 roku – udało nam się pozyskać grant z Unii Europejskiej, w kwocie 1 mln zł i fundusz VC. Wtedy rzuciłem wszystko. W grudniu 2020 roku zaczęliśmy działać już jako pełnoprawny zespół. Kiedy dostaliśmy grant, przez kolejne 9 miesięcy pracowaliśmy z zespołem badawczym: to psychologowie, socjologowie, trenerzy karier, statystycy – aplikacja to miał być job board dla prac niższego szczebla, wyposażony w komponent psychometrii” – dodaje.

Nie wszystko szło jednak tak prosto, dla szefa Staffly porażką miało być to, że jako zespół nie przewidzieli, że na rynku HR-owym mają gigantyczną konkurencję – potężnego gracza, jakim jest Pracuj.pl, z którym trudno się równać.

„Ostatecznie zaczęliśmy z nimi współpracować. Mają swój system do rekrutacji eRecruiter, jest największy w Polsce. Jesteśmy zintegrowani z tym systemem – ten proces jest w pełni zautomatyzowany: po tym, jak ktoś składa aplikację na dane stanowisko, dostaje sms i maila z linkiem do testu, który zbada cechy osobowości. Następnie rekruter widzi dokładny wynik kandydata i cechy, jakie się na niego składają. To znacznie przyspiesza preselekcję – załóżmy, że niektórzy mają po 10 tys. aplikacji miesięcznie, a zespół 50 rekruterów nie jest w stanie nawet tego fizycznie przejrzeć. To pierwsze >sito<< rekrutacji. Docelowo ma się to też przełożyć na zmniejszenie rekrutacji – pierwsze dane, które to potwierdzą, mam nadzieję, będziemy mieli już na przełomie wakacji. Z dotychczasowego feedbacku od rekruterów wynika, że jest bardzo pozytywny – przede wszystkim uchyla rąbka tajemnicy na temat danego kandydata i przed rozmową rekrutacyjną już wiadomo, na co powinno postawić się szczególny nacisk” – stwierdza Filip Sobel.

Czytaj też

Plany rozwoju nie zatrzymują się na Polsce

Współzałożyciel start-upu, który znalazł się na liście „25 przed 25” magazynu „Forbes” i McKinsey & Company w kategorii Biznes, w rozmowie z naszym serwisem kreśli swoje plany na niedaleką przyszłość. Przed Staffly kolejna runda finansowania, co ma pozwolić na rozbudowanie zespołu. Kolejnym celem jest rozwój w stronę rekrutacji na stanowiska nie tylko niższego szczebla, ale także wyższego.

„Już wiemy, że na polskim rynku jest w tym obszarze nisza. Na tę chwilę konkurencja nadal ma tylko testy , które badają kompetencje analityczne, a wiemy, że jest duża potrzeba, by badać także kompetencje miękkie. Mamy nadzieję, że po wakacjach uda się to wypracować, na pokładzie będziemy mieli dwóch inwestorów – fundusze VC, które są bardzo doświadczone” – stwierdza Sobel.

W perspektywie 12 miesięcy chce, aby firma spróbowała swoich sił za granicą. „Jeszcze przed wojną dla Toyoty przetłumaczyliśmy testy na język ukraiński. To się sprawdziło, nie było żadnych różnic między językami”.

Dziś ze Staffly korzysta m.in. Action, Toyota czy Leroy Merlin, kolejne 12 podmiotów ma testować ich usługi - licząc, że ograniczy to rotację na ich stanowiskach.

Krótka historia firmy zdaje się przedstawiać modelowo, czy wszystko od początku szło jak z płatka? Filip Sobel odpowiada, że to kwestia ciągłego próbowania i niezłomności. „Jeśli pójdę na 99 rozmów, a 1 fundusz powie mi >>tak<<, to jest sukces. Wierzę, że jeśli ktoś mówi, że nie chce naszego produktu, to tylko i wyłącznie dlatego, że jeszcze nie wie, że go chce” – kończy.

Chcemy być także bliżej Państwa – czytelników. Dlatego, jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected] Przyszłość przynosi zmiany. Wprowadzamy je pod hasłem #CyberIsFuture.

Komentarze

    Czytaj także