Social media

#CyberMagazyn: VKontakte. W sieci rosyjskiej propagandy

Fot. Martinsson Serg

Na dwa miesiące przed inwazją Putina na Ukrainę sieć społecznościowa VKontakte – popularnie zwana rosyjskim Facebookiem – dorobiła się nowego szefa. Kilka tygodni później, niespodziewanie, platforma stała się głównym frontem wojny informacyjnej Kremla z własnym narodem.

Władimir Siergiejewicz Kirijenko – od grudnia 2021 roku szef platformy VKontakte – to człowiek, który według jego pracowników nie pasuje do świata nowych technologii i nie wyraża się nawet jak ktoś, kto ma z nim cokolwiek wspólnego. Zamiast tego doskonale sprawdza się w roli polityka, przemawiając do swoich podwładnych „bez wzmiankowania jakichkolwiek faktów".

„Fakty" nie umykają mu natomiast, gdy mowa o blokowaniu kont użytkowników popularnej w Rosji społecznościówki za rozpowszechnianie treści, które administracja Władimira Putina uznaje za dezinformujące, np. tych wprost komunikujących, że wojna w Ukrainie to nie żadna „specjalna operacja wojskowa", tylko wyreżyserowany z zimną krwią spektakl przemocy i okrucieństwa.

Wcześniej VKontakte było jedną z niewielu oaz wolności słowa i przekonań w Rosji – dziś jednak to jedna z głównych linii frontu wojny informacyjnej, którą Kreml prowadzi z własnym narodem.

Kim jest Władimir Kirijenko?

Kirijenko znajduje się na unijnych listach sankcyjnych, a czytamy tam, że biznesmen ten „wspiera działania Władimira Putina na rzecz zaostrzenia kontroli nad internetem".

Karierę zawdzięcza swojemu ojcu, który jest jednym z najbardziej zaufanych doradców prezydenta Władimira Putina ds. polityki wewnętrznej, a także aktywnym lobbystą, zawsze opowiadającym się za odłączeniem od światowej sieci internetowej i przekierowaniem Rosji na suwerenny Runet.

O tym, czy projekt Runetu ma szansę się powieść, pisaliśmy w naszym serwisie już wcześniej; pewne jest jednak to, że jeśli projekt ten zostanie wprowadzony w życie, Kreml zyska o wiele większą kontrolę nad tym, co dzieje się w sieci, niż to ma miejsce obecnie.

Zgubna pogoń za rozwojem

Kirijenko, zanim objął szefostwo w VKontakte, wcześniej był jednym z menedżerów w rosyjskim państwowym telekomie Rostelecom. Jego powołanie na stanowisko szefa najpopularniejszej w Rosji platformy społecznościowej to według wielu analityków znak wskazujący, że platforma traci do tej pory - mimo wszystko - dużą niezależność od rosyjskiego rządu, gdyż u sterów firmy zasiada człowiek całkowicie powolny decyzjom zapadającym na Kremlu.

Według magazynu „Wired", który rozmawiał z wieloma byłymi i obecnymi pracownikami sieci, jak i z jej byłym prezesem, VKontakte zaczęło tracić niezależność od administracji państwowej w Rosji, bo zbyt szybko chciało zrealizować swoje ambicje o wzroście i rozwoju biznesowym.

VKontakte niegdyś było startupem założonym przez twórcę innego popularnego rosyjskiego narzędzia – komunikatora Telegram, Pawła Durowa. Dziś jest natomiast korporacją, która bez mrugnięcia okiem spełnia żądania dostępu do danych czy usuwania treści wysuwane przez władze. Właścicielem spółki jest Aliszer Usmanow – oligarcha również wciągnięty na europejskie listy sankcyjne, od dawna identyfikowany przez państwa Unii Europejskiej i Wielką Brytanię jako lobbysta Kremla.

Były szef VKontakte został z niej wypchnięty przez Usmanowa, którego z kolei zastąpił Kirijenko. We wszystko zaangażowane były pieniądze giganta paliwowego – Gazpromu. Koncern w tym wypadku posłużył jako narzędzie do wykrwawiania niewygodnego politycznie i zbyt mało elastycznego prezesa platformy.

Ile można ugrać na wojnie?

VKontakte to, jak pisze „Wired", wielki beneficjent blokad, które w lutym i w marcu tego roku po inwazji Putina na Ukrainę Rosja nałożyła na funkcjonowanie zachodnich mediów społecznościowych w kraju.

Zablokowane zostały m.in. Facebook i Instagram należące do koncernu Meta, a samą spółkę rosyjskie organy określiły jako „organizację ekstremistyczną".

Obecnie z VKontakte korzysta ok. 50 mln logujących się do niej codziennie użytkowników, co jeszcze niedawno było liczbą nie do pomyślenia. Odsłony treści w strumieniu aktualności platformy zwiększyły się o 24 proc., a odsłony zamieszczanych tam materiałów wideo – o 15 proc.

Początki i problemy

Kiedy VKontakte zakładał Paweł Durow (jego sylwetkę przybliżamy w tym tekście), był rok 2006.

W nowej sieci społecznościowej zaroiło się szybko od przeróżnego rodzaju treści, które – jak to określa „Wired" – reprezentowały wszystko, co zarazem najlepsze i najgorsze w rosyjskim internecie. Po VKontakte hulały pornografia i piracka muzyka. Administracja rządowa nie zawahała się użyć tego faktu przeciwko VKontakte, kiedy zaczęła mieć chrapkę na przejęcie kontroli nad portalem.

Były prezes VKontakte Andrew Rogozov twierdzi, że kiedy dołączył do firmy zaledwie rok po jej powstaniu, nie istniały żadne regulacje i dobre praktyki, a żądania dostępu do danych czy usuwania kont ze strony rządu stanowiły wówczas prawdziwą rzadkość, były przypadkowe i realizowano je całkowicie spontanicznie.

Dryf VKontakte w stronę władzy zaczyna się wraz z nasileniem regulacji całego internetu, do którego dochodzi w 2012 roku. Kreml zrozumiał wówczas, że bez internetu sobie nie poradzi, a media społecznościowe to doskonałe narzędzie wywierania wpływu.

Nie chodzi tu przy tym wyłącznie o stosowanie własnej propagandy, ale zablokowanie kanałów komunikacyjnych wykorzystywanych do dzielenia się informacjami i organizowania np. przez opozycję, która wyniosła dobrą lekcję z mającej miejsce rok wcześniej tzw. Arabskiej Wiosny.

Byli pracownicy VKontakte z czasów Durowa mówią, że twórca sieci nie chciał zgodzić się na żadne żądania władz dotyczące dostępu do danych użytkowników – mimo, że próbowano go niejednokrotnie wrobić w tego rodzaju oskarżenia, m.in. przez sfingowane rozmowy na temat rzekomego przekazania informacji o osobach korzystających z portalu rosyjskim służbom.

W 2014 roku VKontakte odmówiło władzy ściągnięcia z widoczności postów poświęconych Euromajdanowi i protestom, które wybuchły wcześniej w Ukrainie. Durow zrezygnował w tym samym roku, poddany ogromnej presji i wrabiany w wykroczenia, których nie popełnił. Nie zdecydował się również na zamknięcie grup, gdzie działali użytkownicy zrzeszeni tam przez Aleksieja Nawalnego, obecnie przebywającego w kolonii karnej.

Platformę przejęła rosyjska państwowa grupa internetowa – Mail.ru, należąca w większości do Usmanowa. To on zainstalował tam powolnego władzy Rogozowa, który zwykł zgadzać się na wszystko, czego chciały władze i jako prezes tłumaczył swoim pracownikom, że cenzurowanie postów jest konieczne ze względu na otrzymany nakaz sądowy i lokalizację; mieścimy się w Rosji, a zatem musimy wypełniać nakazy sądu – zwykł mówić.

Bezproblemowa współpraca

Większość rozmówców „Wired" wskazuje, że nigdy nie pracowała ani wcześniej, ani później w firmie internetowej, która miałaby takie relacje z administracją publiczną.

To właśnie za Rogozowa użytkownicy VKontakte zaczęli być zatrzymywani przez organy ścigania za nieprawomyślne wpisy, a nawet memy, którymi dzielili się na platformie. Przedstawiciele VKontakte uzasadniają areszty notorycznym naruszaniem zasad serwisu w zakresie publikowania treści ksenofobicznych czy rasistowskich, co jest tam zakazane.

Sieć rozwija się, replikuje funkcje wprowadzane przez Facebooka, Instagrama czy WhatsApp, a także zdobywa kolejnych użytkowników. W 2018 roku na VKontakte wprowadzono system ograniczania widoczności postów dla osób, które nie powinny ich widzieć, a także inne narzędzia do zarządzania reputacją online.

Straty wizerunkowe wynikające z aresztowań i cenzury poszły jednak za daleko.

Zakazana sieć

W Ukrainie VKontakte postanowiono zablokować jako narzędzie wywierania wpływu Kremla, podobnie jak serwis będący odpowiednikiem polskiej, nieistniejącej już Naszej Klasy – stronę Odnoklassniki. W wyniku blokady w Ukrainie VKontakte w ciągu jednej nocy straciło 14 mln użytkowników, co było dla sieci naprawdę poważnym ciosem.

Czy Kirijenko to dowódca na czas wojny?

Amerykańskie media twierdzą, że tak. Dodatkowo, według jednego z byłych pracowników sieci, im większy wzrost firmy, tym większe zależności od władzy, jeśli jest to władza rosyjska.

Wojna to woda na młyn protekcjonistycznej gospodarki cyfrowej Rosji – odcięta od usług z Zachodu Rosja zdana jest wyłącznie na siebie, a administracja Władimira Putina zrobi wszystko, by móc udowodnić narodowi, jak niepotrzebne są mu produkty zachodnich firm, skoro istnieją te dobre, etyczne – rosyjskie.

Jeden z byłych pracowników VKontakte w rozmowie z „Wired" przyrównał ten stan do gotowania żaby. „Jeśli wrzucimy żabę do gorącej wody, wyskoczy przerażona. Jeśli włożymy ną natomiast do wody, którą będziemy zagotowywać stopniowo, żaba nie zorientuje się, że coś jest źle – dopóki nie będzie za późno" – mówi rozmówca magazynu.

Czy fakt, że za wypowiedzenie słowa „wojna" – nawet w mediach społecznościowych – można spędzić w ostrym więzieniu do 15 lat, wystarczy, abyśmy zaczęli zastanawiać się nad rolą tych platform? Oczywiście, pytanie na końcu tekstu stawiamy zawsze w sposób otwarty.

Chcemy być także bliżej Państwa – czytelników. Dlatego, jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected] Przyszłość przynosi zmiany. Wprowadzamy je pod hasłem #CyberIsFuture.

Komentarze