Social media

#CyberMagazyn: Cancel culture. "Dziś każdy może zostać anulowany, kultura unieważniania nie oszczędza nikogo"

Fot. Sam Moqadam/ Unsplash

"Dziś w praktyce każdy może zostać anulowany, nikt nie jest oszczędzany, choć dotyczy przede wszystkim celebrytów. Każdy w mediach staje się sądem i aparatem ścigania" - mówi nam prof. Jan Kreft, z którym rozmawiamy na temat fenomenu kultury unieważniania (cancel culture) w internecie.

Dożyliśmy czasów, w których aby cieszyć się uznaniem społecznym, nie wystarczy propagować wiedzy eksperckiej, bądź aktywnie uczestniczyć w życiu publicznym poprzez np. działalność charytatywną.

Bardziej, niż posiadane aktywa intelektualne liczy się bowiem legitymizacja, która bazuje na społecznym uznaniu i walidacji opinii oraz światopoglądu. Zaprzeczeniem tego uznania jest unieważnienie - zorganizowana próba wyrugowania z debaty publicznej.

Kultura unieważniania - jak powstała?

Kogo, po co i jak się ruguje? Jak powstała kultura unieważniania i jak mocno powiązana jest z rozwojem nowoczesnych metod komunikacji? Ostatecznie - czy przez to zjawisko może ucierpieć demokratyczność dyskursu publicznego?

Fot. Prof. Jan Kreft / źródło: jankreft.pl

Według prof. Jana Krefta związanego z Politechniką Gdańską, zjawisko kultury unieważniania ma silny związek z fenomenem, jakim stały się media społecznościowe. "Platformy społecznościowe zostały pierwotnie stworzone, aby umożliwić osobom angażowanie się w różnej formy interakcje online. Ponieważ serwisy społecznościowe mocno przenikały różne aspekty społeczeństwa, były zgrupowane pod bardziej ogólnym terminem „media społecznościowe” i stały się potężną siłą we współczesnym życiu, torując drogę do powstania cyfrowych kultur partycypacyjnych i ruchów społecznych - mówi nam Kreft.

Czytaj też

Zdaniem profesora, kultura unieważniania została zainicjowana właśnie w mediach społecznościowych, a jej celem jest pozbawienie poszczególnych osób ich wpływu lub uwagi, którą dysponują, aby "uczynić dyskurs publiczny bardziej rozpowszechnionym i mniej zmonopolizowanym przez osoby zajmujące uprzywilejowane stanowiska".

"I odwrotnie - kultura anulowania stała się też formą nietolerancji wobec przeciwstawnych poglądów" - zauważa Kreft.

Jak wygląda "cancel" (unieważnienie)?

"Przeżyłam dwie takie sytuacje, które finalnie skończyły się próbami wykluczenia mnie ze środowisk lewicowych, a nawet przestrzeni publicznej, czy podkopywaniem moich współprac, kontaktów, niszczeniem mojej reputacji" - tłumaczy w rozmowie z nami Kaya Szulczewska, aktywistka działająca na rzecz praw kobiet. "Za każdym razem zaczynało się od czegoś na pozór nieistotnego, co finalnie urastało do kosmicznych rozmiarów za pomocą powtarzania przekłamanej narracji na mój temat i dopisywaniu mi złych intencji" - mówi aktywistka.

Fot. fot. Kaya Szulczewska/ Instagram

Zapytana o przyczynę "unieważnienia", Szulczewska mówi, że zainicjowała je recenzja książki Lydii Cacho pt. "Niewolnice władzy", która łączy zjawisko prostytucji z handlem ludźmi. "Wtedy lincz na mnie urządziło środowisko związane z lobbingiem na rzecz zmiany prawa na takie, aby przestać karać sutenerów i alfonsów. Nagle od jednej recenzji stałam się w oczach wielu kimś, kto prześladuje pracujące w seksbranży kobiety. Mówiono, że przeze mnie jest im ciężko, że przeze mnie są stygmatyzowane, że je wykluczam, że urządzam wielką kampanię >>anty<< tym osobom" - wspomina Kaya Szulczewska i dodaje: "nic takiego nie robiłam, ale kłamstwo było powtarzane tyle razy, że wiele osób w to po prostu uwierzyło. Tym bardziej, że trafiło na grupę, której zastępczy wróg pomagał rozładować frustrację związaną z życiowymi trudnościami".

Aktywistka dodaje, że została "anulowana" dwukrotnie. Sytuacja powtórzyła się bowiem zaledwie rok później. "Tym razem wyciągnięto mój komentarz, gdzie bronię używania słowa >>kobieta<< zamiast >>osoba z macicą<< w kontekście Strajku Kobiet" - wspomina i opowiada, jak wyglądało "unieważnienie": "profile o zasięgach na kilkadziesiąt tysięcy (obserwatorów w mediach społecznościowych - red.) zrobiły posty o tym, że jestem transfobką. Wiem, że część ludzi odpowiedzialnych za sianie dezinformacji ma towarzyskie koneksje z tymi od lobbingu na rzecz dekryminalizacji alfonsów i sutenerów, w moim odczuciu nie było tu więc przypadku" - dodaje.

"Na początku ludzie nie kupowali tej narracji o mnie jako transfobce, bo każdy wiedział, że byłam przychylnie nastawiona do środowisk trans, na Ciałopozytywie (internetowy projekt Szulczewskiej o charakterze edukacyjnym, mający zachęcać do akceptacji własnego ciała - red.) dawałam tym osobom przestrzeń i nawet promowałam wiele kont osób z mniejszości, ale tym dłużej trwała nagonka na mnie i tym bardziej szłam w zaparte, że nie jestem żadną transfobką i nie będę za nic przepraszać, tym bardziej rósł mój demoniczny obraz" - opowiada Kaya Szulczewska.

Według niej, po unieważnieniu jej osoby wiele osób publicznych znanych z mediów zostało poddanych presji, aby publicznie odcinać się od znajomości z Szulczewską i ostentacyjnie wyrażać poparcie dla hejtujących ją grup oraz ich haseł.

Czytaj też

Zaraźliwa postawa cancel culture

"Dziś w praktyce każdy może zostać anulowany, nikt nie jest oszczędzany, choć dotyczy to przede wszystkim celebrytów. Każdy w mediach staje się sądem i aparatem ścigania" - mówi prof. Kreft.

"Co więcej, taka postawa jest zaraźliwa i nic w tym dziwnego, skoro mamy do czynienia z nowymi interpretacjami wirtualnej świadomości zbiorowej, w której myśli i przekonania łączą się, stają się kolektywną świadomością podobnie myślących jednostek. Gdy jednostki stają się częścią sieci, stają się częścią komory echa, w której podobnie myślący ludzie słyszą tylko to, co chcą słyszeć" - dodaje badacz.

Jak wskazuje, wszystko, co może być sprzeczne z ich linią myślenia i preferencji jest niepożądane.

Naukowiec podkreśla, że media społecznościowe wbrew pozorom nie są agorą, nie ma w nich również wiele miejsca na prawdziwe dyskusje czy wymianę poglądów. Przekonanie, że "platformy internetowe to forum wolnej wymiany zdań i publicznego dyskursu", zdaniem Krefta jest błędne.

"Facebook wraz z innymi platformami dał nam też iluzję uczestnictwa w wielkiej sprawie demokratyzujących mediów oraz poczucie dealowania z chaosem i sprawstwa w postaci anulowania innych" - mówi profesor Kreft.

To nie jest zwykły ban w mediach społecznościowych

"Cancel culture to całe zjawisko, warto to podkreślić, to nie jest zwykły hejt czy ban w social mediach. To skoordynowana dezinformacja, nastawiona na niszczenie reputacji, niszczenie kontaktów i wykluczenie człowieka z życia publicznego czy biznesowego" - uważa Szulczewska.

"Cancel culture sprawia, że jego ofiara staje się >>trędowata<<. Każdy kto ją wesprze w jakikolwiek sposób czy zdecyduje się na współpracę z nią, musi liczyć się z tym, że zarazi się od niej tym >>trądem<<, czyli też zostanie poddany w jakiejś formie linczowi i anulowany" - dodaje aktywistka.

Jej zdaniem kultura unieważniania nie jest nowością w społeczeństwie, znajduje dziś jednak inny wyraz, niż w przeszłości. W rozmowie z naszym serwisem Szulczewska przytacza rytualne zachowania takie jak publiczne lincze, pogromy czy składanie ofiar z ludzi, które pozwalały rozładować społeczną frustrację i napięcie oraz dokonać formalnego wykluczenia z grupy jednostek zagrażających jej spójności.

Nasza rozmówczyni zauważa przy tym, że media społecznościowe i komunikacja ułatwiły realizację tych rytuałów - co zdaje się być opinią potwierdzającą słowa prof. Krefta.

Chcemy być także bliżej Państwa – czytelników. Dlatego, jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected] Przyszłość przynosi zmiany. Wprowadzamy je pod hasłem #CyberIsFuture.

Komentarze (1)

  1. AnnaDe

    Temat nośny, potrzebny, ale ten tekst jest szkodliwie jednostronny i promuje jedną z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce osób popierających transfobiczny, rzeczywiście wykluczający ruch gender critical. Publikacja takich artykułów i felietonów w poważnym medium, za jakie mam CyberDefence24, pomaga w umacnianiu fałszywego obrazu osób transpłciowych w Polsce, które i tak mają tu bardzo złą sytuację (z uwagi na uwarunkowania prawne i powszechną transfobię wynikającą z nienawiści do mniejszości, brak edukacji seks. społeczeństwa). Ten artykuł potraktował sprawę płytko, stawiając panią Szulczewską jako prawdziwą ofiarę, niemalże "męczennicę" rosnącego w siłę w Polsce ruchu, złożonego z feministek/ów wykluczających osoby transpłciowe. Niestety nie świadczy to dobrze o Redakcji, tym bardziej, jeśli chodziło o pokazanie, że "wolność słowa" jest święta i dotyczy również wygłaszania poglądów wynikających z nienawiści i braku empatii. Przykro, że ten tekst się ukazał, tym bardziej tutaj.

Czytaj także