Strona główna

Jak Twitter uwikłał się w politykę i przestał służyć globalnej wymianie myśli?

Fot. Luke Michael / Unsplash

W swoich początkach Twitter miał być platformą dla pozbawionej granic, wolnej wymiany myśli. Z biegiem lat, kiedy zaczęli z niego korzystać prominentni politycy, pojawiło się tam coraz więcej żądań usuwania niekorzystnych wizerunkowo treści. Nikt o tym nie wiedział aż do wybuchu afery Twitter Files.

Twitter Files opowiadają niesamowitą historię z wnętrza jednej z największych i najbardziej wpływowych platform mediów społecznościowych. To Frankensteinowska opowieść o mechanizmie zbudowanym przez człowieka, który przerósł ograniczenia wbudowane przez swojego twórcę – tak zaczyna się seria kilkudziesięciu wpisów dziennikarza Matta Taibbiego na Twitterze, który ujawnił mediom (i reszcie obserwatorów) informacje o nieprawidłowościach związanych z politycznym uwikłaniem tego serwisu społecznościowego.

Afera Twitter Files nie zyskała tak wielkiego rozgłosu, jak niezwykle medialna saga znana jako Facebook Files, opisana na łamach naszego serwisu sprawa ujawnienia przez sygnalistkę Frances Haugen serii dokumentów wskazujących na nieprawidłowości w koncernie Marka Zuckerberga (dziś nazywa się Meta).

To m.in. ten kryzys wizerunkowy był powodem, dla którego firma zdecydowała się zmienić nazwę i odciąć się od swojego niechlubnego dziedzictwa – podwójnych standardów moderacji, czy też lekceważenia danych wskazujących na to, że produkty cyfrowe tej spółki szkodzą psychice najmłodszych użytkowników.

O co chodzi w sprawie Twitter Files?

W największym skrócie – o sprawę usunięcia z Twittera wszystkich wpisów zawierających odnośnik do opublikowanego w październiku 2020 roku tekstu „New York Post", zawierającego sensacyjne wówczas dla amerykańskiej polityki doniesienia na temat poufnej korespondencji syna Joe Bidena – Huntera. Młody Biden miał budować dziwne relacje z ukraińskim biznesmenem, który w mailach wyrażał „wdzięczność za możliwość spotkania z jego ojcem" (a dzisiejszym prezydentem USA), z laptopa, znajdującego się w zakładzie naprawczym i po który nikt się nie zgłosił – a należał do Huntera – pozyskano też wideo, gdzie syn prezydenta zażywa narkotyki i uprawia seks.

Prawicowe media w USA okrzyknęły te znaleziska jako sensacyjne. To oczywiste – publikacja kompromatów Huntera Bidena zbiegła się w czasie z ogromnie zażartą walką w ramach kampanii wyborczej pomiędzy Donaldem Trumpem, który nie wiedział jeszcze wówczas, że przegra wybory, a ojcem Huntera. Nic tak nie boli w kampanii politycznej, jak pikantny materiał obyczajowy i posmak skandalu – a właśnie to przeciwnikom kandydata Demokratów dał materiał „New York Postu".

Po tym, jak artykuł ukazał się w gazecie i na jej stronach internetowych, Twitter uniemożliwił dzielenie się tym materiałem. Jak wynika z ujawnionych przez Taibbiego materiałów, stało się tak dlatego, że sztab wyborczy Bidena zgłosił się do platformy z takim właśnie żądaniem – wstrzymania dystrybucji kontrowersyjnej dla syna kandydującego Joe Bidena publikacji.

Twitter nie jest neutralny politycznie

Taibbi zaznacza, że nie tylko Biden korzystał z możliwości blokowania i usuwania z Twittera treści. Robił to również Donald Trump (także w 2020 roku):

Znacznie więcej „przysług" od platformy domagali się Demokraci, którzy mieli w Twitterze więcej kontaktów. Zatrudnione tam osoby bowiem przeważnie mają poglądy polityczne zbieżne z tą właśnie opcją polityczną, podobnie jak menedżerowie platformy:

Twitter oczywiście odniósł się do zarzutów stawianych mu przez dziennikarza i opisanych przez niego rewelacji.

Były dyrektor platformy ds. zaufania i bezpieczeństwa Yoel Roth powiedział w rozmowie z mediami, że kontrowersyjny tekst został usunięty z Twittera dlatego, że... platforma nie mogła zweryfikować autentyczności przedstawionych w nim twierdzeń.

Jak to brzmi w kontekście przyzwolenia np. na rosyjską dezinformację, która na Twitterze ma się doskonale, podobnie jak fake newsy na tematy medyczne...? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi.

Zablokowanie dystrybucji tekstu „New York Postu" to nie zadanie, którym powinien zajmować się serwis społecznościowy, w szczególności mający tak ogromne problemy z moderacją treści. To wprost – wpływ na demokratyczny proces wyborczy, ukrycie materiału na żądanie kandydata politycznego.

Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że dwa lata później śledztwo wykazało, iż kontrowersyjne tezy o nie całkiem legalnych sprawach biznesowych Huntera Bidena, które ten prowadził w Chinach i na Ukrainie, zostały potwierdzone.

Dlaczego dowiadujemy się tego wszystkiego teraz?

Twitterowy wątek Taibbiego poświęcony aferze z laptopem Huntera Bidena i usuwaniu treści z platformy społecznościowej na żądanie polityków nie pojawił się przypadkowo w serwisie właśnie teraz.

To, że szczegóły afery Twitter Files zostaną ujawnione, 2 grudnia 2022 roku zapowiedział nowy właściciel platformy – Elon Musk, który wcześniej samego siebie niejednokrotnie określał „absolutystą wolności słowa".

Taibbi zaczął publikować swoje wpisy ewidentnie w związku z deklaracją Muska. Czy nowy szef platformy przekazał mu wewnętrzne dokumenty? Tak spekuluje serwis Gizmodo, który ocenia, że publikacja wszystkich tych materiałów jest dla Muska wizerunkowo korzystna i odciąga uwagę od jego sposobu zarządzania platformą, jaki można określić – delikatnie rzecz ujmując – jako totalny chaos.

A może to kompletny kapiszon?

Twitter nie jest instytucją publiczną, a zatem w praktyce nie musi dbać o neutralność światopoglądową – może, jako prywatna firma, podejmować dowolne decyzje w zakresie moderacji treści, czy też ewentualnego blokowania ich dystrybucji.

Nie tylko Twitter zresztą – ale każda prywatna platforma społecznościowa – Facebook, Instagram, YouTube czy LinkedIn. Żadna z tych firm nie jest zobowiązana do tego, aby nie podejmować decyzji faworyzujących jedną albo drugą stronę politycznego sporu, nie tylko w USA.

W świetle tego prostego faktu, sprawa Twitter Files nie jest niczym innym, jak tylko kapiszonem. Przed władzą platform społecznościowych, zagrażającą dziś demokracji i mogącą wpływać na o wiele ważniejsze sprawy niż to, czy w danym serwisie dozwolone są np. erotyczne materiały graficzne, trzeba było bronić się dużo wcześniej – stosowną regulacją.

Zarówno USA, jak i Europa jednak ten moment przespały. To tylko jedna z wielu konsekwencji.

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected]

Komentarze

    Czytaj także