Reklama
  • WIADOMOŚCI

Geopolityka na mapach aplikacji Big Techów

Cyfrowe mapy nie są jedynie narzędziem nawigacji, lecz stają się polem geopolitycznej walki o pamięć, granice i społeczną percepcję rzeczywistości. Spory wokół działań wielkich koncernów— od Libanu i Palestyny po Krym czy Kaszmir — pokazują, że globalne Big Techy nie tylko opisują świat, ale coraz częściej współtworzą jego polityczny i kulturowy obraz, dostosowując go do interesów państw i własnych strategii biznesowych. W epoce algorytmów i wojny informacyjnej cyfrowa mapa może stać się równie ważnym narzędziem wpływu jak media, propaganda czy militarna demonstracja siły.

mapy cyfrowe google maps apple mapy
W epoce algorytmów i wojny informacyjnej cyfrowa mapa może stać się ważnym narzędziem wpływu.
Autor. CyberDefence24/Canva

Autor: Łukasz Greszta, Dyrektor Generalny Frontline Foundation

W lutym tego roku Frontline Foundation opublikowała raport „Bezpieczeństwo państwa, jako odporność na incepcję kulturową i historyczną”, w którym zwraca się uwagę między innymi na fakt, iż w epoce danych i algorytmów to cyfrowa informacja staje się narzędziem walki o emocje i wyobraźnię obywateli. 

Walka jest prowadzona nie tylko między państwami, ale także między państwami a korporacjami technologicznymi, natomiast odporność państwa to nie kwestia propagandy, lecz umiejętności projektowania narracji, które wzmacniają zaufanie, podmiotowość i gotowość do wspólnego działania.

Reklama

Apple zmienił mapę Libanu

W nawiązaniu do treści wyżej wymienionego raportu należy zwrócić uwagę na zdarzenia z kwietnia tego roku. 

Na portalu społecznościowym X (dawny Twitter) pojawiła się informacja, że firma Apple zmienia mapę Libanu, dostępną w swojej aplikacji Maps. Firma z Cupertino miała usuwać ze swojej aplikacji nazwy libańskich miejscowości, w pobliżu których wojska Izraela prowadziły operacje wojskowe.  Użytkownicy serwisu X zwrócili uwagę, że w tym samym czasie na mapach Google znajdowały się nazwy, które nie były widoczne w aplikacji Apple.  

Magazyn Wired przeanalizował mapy Google i Apple. Okazało się, że rzeczywiście w aplikacji Apple nie pojawiają się nazwy miejscowości uwzględnione w aplikacji Google. Dziennikarze skontaktowali się z firmą z prośbą o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. 

Apple odpowiedział, że wskazywane jako usunięte z aplikacji nazwy miejscowości nigdy w niej się nie pojawiały; stwierdzono także, że nowsza, bardziej dokładna wersja aplikacji nie jest dostępna we wszystkich regionach, w tym również analizowanym przez użytkowników serwisu X. 

Dziennikarze Wired zwrócili uwagę, że w nieodległym regionie Izraela dokładność map jest dużo wyższa niż w Libanie. W związku z tym ponownie zadano Apple pytania o wyjaśnienia rozbieżności w funkcjonowaniu aplikacji na tak bliskim obszarze oraz co wpływa na dokładność dostępnych danych opisujących każdy region. Koncern odmówił odpowiedzi na te pytania. 

Google „wygumkował” Palestynę

Opisana powyżej sytuacja nie jest wyjątkowa. Podobne zarzuty zostały skierowane także przez magazyn Wired już w 2016 roku pod adresem firmy Google.

Wówczas spółce zarzucono, że „wygumkowała” ze swoich aplikacji Palestynę, jako państwo. Firma odpowiedziała, że jest to nieprawda i Palestyna nigdy nie funkcjonowała jako kraj w ich aplikacji (Palestyna od 2012 roku posiada przyznany przez Organizację Narodów Zjednoczonych status „nieczłonkowskiego państwa obserwatora”, a ponad trzy czwarte członków ONZ, tj. blisko 150 krajów, uznaje Palestynę za niepodległe państwo). 

Sytuacja z 2016 roku doprowadziła wtedy do pojawienia się licznych petycji domagających się od Google uznania Palestyny w swoich aplikacjach za państwo. Bezskutecznie do dzisiaj.

Reklama

„Wymazywanie” państwa ze świadomości odbiorców

Obecne wydarzenia związane z Libanem mają miejsce w określonym kontekście geopolitycznym i narzucają konkretne skojarzenia dla osób je analizujących. 

Wybrzmiewało to m. in. w komentarzach użytkowników na portalu X. Sugerowano, że firma Apple „idzie na rękę” państwu Izrael i dokonuje wymazania istniejących nazw miast libańskich w czasie, gdy Izrael stara się je zająć i prowadzi tam operację zbrojną, dążąc de facto do wchłonięcia części Libanu. 

Z perspektywy bezpieczeństwa każdego państwa prowadzi to do określonego skojarzenia: obecność nazw miast, linii granicznych, czy nawet używanie określonych nazw miejscowości czy regionów staje się elementem wojny informacyjnej. Użytkownicy serwisu X używali określenia, że dochodzi do „wymazywania” Libanu ze świadomości odbiorców

Sytuacja „nie żyła” w świecie cyfrowym zbyt długo i jak wiele innych internetowych burz szybko się wyciszyła, zastąpiona kolejnym konfliktem czy wydarzeniem wspieranym przez algorytmy zarządzane przez globalne Big Techy. 

Cyfrowe mapy w czasie wojen i konfliktów

Należy wskazać, że kwestie związane z problematyką cyfrowego zapisu map w okresie wojen lub geopolitycznych przesileń miały miejsce już wielokrotnie. Problem dotyczył nie tylko nowych konfliktów, ale też długotrwałych sporów, które rozpoczęły się jeszcze przed czasem cyfrowej rzeczywistości. 

Firma Google już w 2005 roku, czyli niemal u zarania swojego istnienia i stania się monopolistą na rynku wyszukiwarek, miała problemem z nazewnictwem Tajwanu. W aplikacjach Google Local i Google Maps wyspa funkcjonowała jako prowincja Chin - „Taiwan, province of China”. Dziś ta sytuacja wydaje się prehistorią. 

Można zauważyć, że koncern miał wówczas odmienną pozycję rynkową, a Chiny nie były geopolityczną i ekonomiczną potęgą, jaką są obecnie. W 2005 roku Google uległ naciskom Tajwanu i zmienił nazwę wyspy widoczną w serwisach Google Local i Google Maps. 

W 2014 roku, kiedy rosyjskie „zielone ludziki” anektowały Krym, spółka Google ponownie stanęła przed wyzwaniem, jak opisać geopolityczną rzeczywistość w cyfrowej wersji swojej mapy. 

Z perspektywy prawa międzynarodowego Krym pozostawał terenem ukraińskim, ale cyfrowa rzeczywistość map Google wcale tego nie odzwierciedlała. W ówczesnej wersji aplikacji, użytkownicy z Ukrainy nie dostrzegali zmian na mapie pomiędzy terytorium Krymu, a pozostałą częścią swojej ojczyzny. Natomiast rosyjscy użytkownicy Google Maps widzieli wyraźną linię graniczną pomiędzy terytorium Krymu, a Ukrainą. 

Z kolei użytkownicy standardowej wersji map Google (spoza Ukrainy i Rosji), zobaczyli trzecią wersję rzeczywistości cyfrowej: przerywaną linię między Krymem a Ukrainą, wskazującą, że granica jest teraz sporna. 

Jak widać, coś co wydawałoby się oczywiste tzn., że Rosja, łamiąc prawo międzynarodowe, dopuściła się inwazji na terytorium Ukrainy i zajęła część jej terytorium, to w cyfrowym świecie nie było tak jednoznaczne. 

Google, którego motto niegdyś brzmiało „Dont be evil”, w swoim „flagowym” produkcie zaakceptowała zło wyrządzone przez inne państwo. Firma zrobiła to oczywiście dla dobra swoich interesów w Rosji i de facto usankcjonowała („cyfrowo”) złamanie prawa międzynarodowego. 

Reklama

Tak samo zresztą postąpił Apple. Co prawda uczynił to dopiero w 2019 roku, ale wynikało to wprost z żądań rosyjskiego rządu. 

Krym był prezentowany jako część terytorium Rosji w aplikacji Apple Maps i Earth App. Dodać należy, że był to przekaz skierowany tylko do osób znajdujących się na terytorium Rosji. 

Cyfrowe usankcjonowanie przez firmę Apple aneksji Krymu doczekało się nawet oświadczenia rosyjskiej Dumy na swojej stronie www: „Crimea and Sevastopol are now displayed as the territory of Russia on Apple devices” (o zdarzaniach tych pisało o tym m. in. brytyjskie BBC „Apple changes Crimea map to meet Russian demends”).

Władze Ukrainy potępiły uległość firmy Apple wobec Rosji, ale poza wpisami na mediach społecznościowych i oświadczeniach w mediach nie wywołało to żadnej szczególnej reakcji

Taktykę relatywizmu geopolitycznego, w zależności od tego w jakim kraju ogląda się mapę, zastosowała firma Google także w 2020 roku. W zależności od tego, z jakiego państwa pochodził użytkownik oglądający mapę na swoim urządzeniu (Indie czy Pakistan) widział inną mapę z przynależnością Kaszmiru i łańcuchu Himalajów.

Podobnych przykładów jest więcej – akwen pomiędzy Japonią, a Koreą Południową jest powszechnie znany jako Morze Japońskie, ale według aplikacji Google Maps używanej w Korei jest to Morze Wschodnie. 

Element ofensywnych działań

Jest oczywiste, że globalne podmioty z obszaru Big Tech uzyskały niezwykle ważną rolę dla każdego obszaru bezpieczeństwa państw, społeczeństw i obywateli. To ich znaczenie i coraz bardziej dominujący charakter nabierają cech budzących niepokój. 

Współcześnie nasze bezpieczeństwo zaczyna się na poziomie narracyjnym i nie powinny nam umykać żadne pola prowadzenia tego konfliktu. Postawy społeczne można kształtować poprzez różne narzędzia i środki, również te nieoczywiste. 

Technologie oferowane każdemu z nas indywidualnie (ale i państwom) przez Big Techy, w tym aplikacje z mapami, są dziś nie tylko narzędziami ułatwiającymi podróżowanie, ale także w negatywny sposób wpływającymi na pracę naszych mózgów

Mogą stać się i coraz częściej realnie stają się elementem prowadzenia działań ofensywnych w przestrzeni kognitywnej sprawnego państwa. Utrwalanie percepcji terytorium, nazw miejscowości czy regionów, sposobu myślenia o spornych granicach, to utrwalanie lub kształtowanie postaw u obywateli. Przez ten wizualny aspekt kodowane są postrzeganie przestrzeni oraz przynależności terenów. 

Geopolityka zaczyna się od mapy, a kończy na Szekspirze.
Robert Kaplan

Kiedy patrzymy na mapy w naszych telefonach rejestrujemy nazwy i kształty naszych dużych i małych ojczyzn, budujemy wizerunek naszych państw. Ale może to prowadzić również do podsycania lokalnych separatyzmów lub wzbudzać dawno zapomniane urazy

Narzędzia te można wykorzystywać w korelacji z innymi sposobami narracji, chociażby wspierać politykę historyczną wymierzoną we wrogie państwo. Technologiczni giganci mogą wpływać nie tylko na zachowania czy poglądy w zależności od funkcjonowania algorytmu i regionalizacji, ale w cyfrowej rzeczywistości i ich coraz mniej ograniczonych wpływach mogą kształtować czy też sankcjonować zmiany w rzeczywistym świecie, na przykład zanim będą one wynikały z porozumień międzynarodowych.

W świetle przedstawionych powyżej informacji powstają zasadnicze pytania: 

  • Czy można stwierdzić, że Google, Apple czy inne globalne podmioty Big Tech wprowadzają porządek w świecie (w coraz bardziej dominującej przestrzeni cyfrowej) w oparciu o interesy najsilniejszych państw oraz oczywiście w trosce o własne interesy? 
  • Czy wyznacznikiem tego, jaką rzeczywistość zobaczą na mapach użytkownicy aplikacji tych globalnych cyfrowych hegemonów będzie skala ich prowadzonych z danym państwem interesów?
  • Czy zmieniając lub korygując percepcję przestrzeni geograficznej czy geopolitycznej skutecznie wpływają na to, jak postrzegamy rzeczywistość? 
  • Czy im bardziej będą uległe wobec oczekiwań dominujących państw, tym bardziej będą pogłębiały się konflikty międzynarodowe? 
  • Czy można relatywizować tak ważne kwestie jak prawo międzynarodowe, historia, geografia, tożsamość narodowa oraz jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić?
Reklama

Zobacz również

CyberDefence24.pl - Digital EU Ambassador

Serwis CyberDefence24.pl otrzymał tytuł #DigitalEUAmbassador (Ambasadora polityki cyfrowej UE). Jeśli są sprawy, które Was nurtują; pytania, na które nie znacie odpowiedzi; tematy, o których trzeba napisać – zapraszamy do kontaktu. Piszcie do nas na: [email protected].

Reklama

Krajowy system e-Faktur - co musisz wiedzieć o KSEF?

YouTube cover video
Materiał sponsorowany