Polityka i prawo

Programy fact-checkingowe Facebooka nie działają

Fot. geralt / pixabay.com
Fot. geralt / pixabay.com

Jak donosi Politico badania Uniwersytetu Yale dotyczące funkcjonowania narzędzi weryfikacji autentyczności informacji na Facebooku nie działają. Nie tylko nie przynoszą one korzyści, ale potencjalnie wyrządzają szkody. 

Badanie przeprowadzone przez amerykańską uczelnię na 7,5 tys. użytkowników pokazują, iż oznaczanie fałszywych informacji jako „zakwestionowanych przez zewnętrznych ekspertów” mają niewielki wpływ na percepcję czytelników. Nie ma też korelacji pomiędzy odbiorem nagłówków przez użytkowników. W ujęciu procentowym zwiększa to prawdopodobieństwo prawidłowej oceny dostarczonej informacji jedynie o 3,7%.

Takie są wnioski badań dwóch amerykańskich psychologów Davida Randa i Gordona Pennycooka (Assessing the Effect of 'Disputed' Warnings and Source Salience on Perceptions of Fake News Accuracy). Naukowcy odkryli również, że dla pewnych grup, zwłaszcza zwolenników Donalda Trumpa lub osób poniżej 26 roku życia, tagowanie informacji przynosi efekt odwrotny. Paradoksalnie wręcz wzrasta prawdopodobieństwo, iż odbiorca informacji uwierzy w danego fake newsa.

Wyjaśnienie tego zjawiska jest proste. Na portalach społecznościowych istnieje tak duża ilość dezinformacji, że nie jest fizycznie możliwe, aby partnerzy Facebooka, z którymi współpracuje przy ich analizowaniu (czyli Politifact, FactCheck.org i Snopes.com), byli w stanie zbadać każdą podaną informację. W związku z tym otagowanie jedynie części z nich wywołuje podejrzliwe reakcje w określonych grupach. Co więcej, sprzyja pozytywnemu podejściu do nieotagowanych fake newsów.

Jak informuje Politico, rzecznik prasowy Facebooka zakwestionował metodologię przyjętą przez naukowców. Zwrócił uwagę, iż badania prowadzone były poprzez ankietę internetową poza platformą Facebooka. Zauważył, iż działania firmy na tym odcinku są znacznie szersze i uwzględniają przygotowanie nowych produktów i usług, ograniczanie możliwości działania dla użytkowników wysyłających spam, ale i zmniejszanie zasięgu wyświetlania się informacji sklasyfikowanych jako fałszywe. Zapewnił, iż nowa polityka firmy działa, jednak nie przedstawił żadnych danych, które mogłyby to potwierdzać.

Sami autorzy raportu nie mają pewności czy w ogóle Facebook dysponuje danymi z obszaru, który badali. Nie chodzi tu bowiem o dane o udostępnianiu czy polubieniach, lecz o wiarę użytkownika w fałszywe lub prawdziwe informacje. Zdaniem Jasona Schwartza z Politico, partnerstwo portali społecznościowych z zewnętrznymi podmiotami jest dobrym rozwiązaniem. Zwalnia te platformy z samodzielnego, odgórnego definiowania danej informacji, a zatem i oddala oskarżenia o wprowadzanie cenzury.

Rezultaty badań pokazują, iż spośród zamieszczanych w latach 2016-2017 treści 59,2% uczestników prawidłowo oceniło prawdziwe informacje, a w 18,5% przypadków uwierzyło w fake newsy. Jedną z różnic u odbiorców informacji jest sama kwestia zaufania do mediów. Przeprowadzono także eksperyment wśród wyborców Donalda Trumpa i Hillary Clinton. Zostali oni poproszeni o ocenę zaufania otagowania informacji jako wątpliwej przez zewnętrzne podmioty w skali od 1 do 5. Wśród zwolenników Clinton ocena zamknęła się na poziomie 3,1, a wśród zwolenników Trumpa – 2,4.

Największym zagrożeniem wynikającym z badań jest fakt, iż ludzie w wieku 18-25 lat są najbardziej podatni na fałszywe informacje, a otagowanie wpływa na ich percepcję tych nieotagowanych i jeszcze bardziej sprzyja temu, że mogą oni traktować je jako autentyczne. Podczas pracy z naukowcami uwierzyli oni aż w 21,1% fałszywych nagłówków. Zdaniem badaczy jest to największy problem, gdyż ludzie w tym przedziale wiekowym jednocześnie w największym stopniu polegają na portalach społecznościowych jako narzędziach pozyskiwania informacji.

Komentarze